Famous Jameis: jak chłopak z Bessemer nauczył się czekać na drugą szansę
Rzecz o Jameisie Winstonie – mistrzu NCAA w wieku dziewiętnastu lat, rekordziście przechwytów w NFL i kapitanie New York Giants, który musiał upaść najniżej, żeby w końcu nauczyć się stać prosto, ale dzisiaj kocha go cała liga.
Płaszcz przeciwdeszczowy i teatr jednego człowieka
Zacznijmy od obrazka z tego sezonu: deszczowa niedziela w Waszyngtonie, a na parking stadionu Commanders wjeżdża mężczyzna w granatowym płaszczu przeciwdeszczowym, który wygląda, jakby pożyczył go od kapitana żaglowca, nie od drugoplanowego rozgrywającego ligi futbolu amerykańskiego. Kibice w mediach społecznościowych mieli używanie przez cały dzień – jedni żartowali, że strój „ma napisane na sobie dwa przechwycone podania”, inni, że Jameis Winston po prostu znowu wie coś, czego nie wiedzą inni. Tydzień wcześniej, odkąd przejął stery Giants po kontuzji kolana młodego Jaxsona Darta, wygrał mecz , drużynę ochrzcił już wcześniej mianem „New York Football Giants” – z takim naciskiem na słowo „Football”, jakby cytował nazwę drużyny z lat sześćdziesiątych. Przy okazji zacytował też musical „Hamilton” z okazji jego dziesiątej rocznicy premiery, bo – jak powiedział dziennikarzom z rozbrajającą szczerością – czuł, że cały Nowy Jork i ten stadion są gotowe zrobić wszystko, by na koniec dnia mieć powód do świętowania. Typowy dla Jameisa strumień świadomości. Słowa dobierane z chaosu, a jednak pełne znaczenia i autentyczności.
To właśnie ta mieszanka – teatralności, pewności siebie i czegoś, co wygląda na szczerą radość z samego faktu bycia na boisku – sprawia, że Jameis Winston w wieku trzydziestu dwóch lat, grający dla czwartej już drużyny w karierze, wciąż potrafi zaskoczyć. Żeby zrozumieć, skąd się to bierze, trzeba cofnąć się o dwie dekady, do małego miasteczka w Alabamie, gdzie wszystko się zaczęło – i gdzie zaczęła się też długa droga, którą dziś sam określa mianem nauki wdzięczności.
Chłopak z Bessemer, który rzucał piłką lepiej niż ktokolwiek w okolicy
Jameis Lanaed Winston urodził się 6 stycznia 1994 roku w Bessemer w Alabamie, niewielkim mieście w cieniu Birmingham, i dorastał kilka kilometrów dalej, w Hueytown, gdzie uczęszczał do miejscowego liceum. Od małego był dwusportowcem – grał w futbol i w baseball z taką skutecznością, że trudno było powiedzieć, w której dyscyplinie czeka go większa kariera. Jako junior poprowadził Hueytown do mistrzostwa stanu, a w czterech latach licealnej kariery futbolowej zgromadził 6871 jardów i 67 przyłożeń przy zaledwie 25 przechwytach – statystyki, które dziś, patrząc na jego reputację „specjalisty” od INT-ów w NFL, brzmią niemal ironicznie. Na deser otrzymał tytuł Gatorade Player of the Year dla całej Alabamy, a w baseballu radził sobie na tyle dobrze, że w 2012 roku wybrali go w piętnastej rundzie draftu Texas Rangers – choć ostatecznie zrezygnował z kariery w baseballu profesjonalnym na rzecz w pełni futbolowego życia na Florida State.

Ojciec rozgrywającego, Antonor Winston, wspominał później w rozmowie z ESPN, że poparcie dla syna w rodzinnym Hueytown nigdy nie było jednoznaczne – szacował je nawet na „jakieś trzydzieści procent”, dodając jednak z uśmiechem: „ale bierzemy to, co jest, i idziemy z tym dalej”. On i żona Loretta nierzadko oglądali mecze syna z niewłaściwej trybuny, bo tak układały się bilety czy miejsca parkingowe – drobny, ale wymowny obrazek tego, jak rodzina Winstonów musiała twardo walczyć o każdy krok synowskiej kariery, zanim świat w ogóle zauważył, kim jest Jameis.
To właśnie w Hueytown, na szkolnych boiskach, poznał też swoją przyszłą żonę – koszykarkę Breion Allen, która pomogła szkolnej drużynie zdobyć dwa stanowe tytuły. Byli parą już w liceum, a ich droga – przez rozstania na odległość, studia na różnych uczelniach i całą huśtawkę kariery NFL – przetrwała do dziś.
Dziewiętnastolatek, który podbił Florida State – i stracił kontrolę nad własną sławą

Na Florida State Winston eksplodował niemal natychmiast. Jako rezerwowy pierwszoroczniak w 2013 roku poprowadził Seminoles do niepokonanego sezonu i mistrzostwa kraju, a przy okazji, w wieku zaledwie dziewiętnastu lat, zdobył Trofeum Heismana – do dziś jest jednym z najmłodszych laureatów tej nagrody w historii. Sukces przyszedł jednak błyskawicznie i w ilości, z którą niewielu dziewiętnastolatków potrafiłoby sobie poradzić. Już w grudniu 2013 roku wobec Winstona pojawiły się oskarżenia o napaść seksualną, których prokurator stanowy ostatecznie nie przełożył na akt oskarżenia, powołując się na zbyt wiele luk w zeznaniach – sprawa zakończyła się później ugodą cywilną między oskarżycielką a Florida State w ramach postępowania Title IX, samego Winstona nigdy nie oskarżono formalnie o przestępstwo. Rok później doszło do incydentu z karabinkami na kulki BB w akademiku, a wiosną 2014 roku – do najbardziej kuriozalnego epizodu całej jego młodości: wyjścia ze sklepu Publix bez zapłacenia 32 dolarów i 72 centów za krabowe nogi i raki. Winston przyznał się do winy w zamian za cywilny mandat, odbył dwadzieścia godzin prac społecznych i został zawieszony w drużynie baseballowej – a internet przez kolejną dekadę nie dał mu o tym zapomnieć. Co ciekawe, dekadę później, już jako weteran Giants, sam z przymrużeniem oka opowiadał nową wersję tej historii: twierdził, że pracownik sklepu miał w zwyczaju „podrzucać” zawodnikom Florida State darmowe jedzenie, a jego jedynym błędem było to, że uwierzył, iż tym razem będzie tak samo.

Kiedy do tego wszystkiego doszła jeszcze półmeczowa dyskwalifikacja za wykrzyczenie wulgarnego hasła na kampusie, obraz, jaki wyłaniał się z mediów, był obrazem utalentowanego, ale niedojrzałego chłopaka, otoczonego przez uczelnię, która – zdaniem wielu komentatorów – zbyt gorliwie chroniła swój najcenniejszy futbolowy nabytek. Sam Winston przyznawał później, że w tamtych latach był „niecierpliwy” i miewał problemy z autorytetami – cechy, które, jak się okazało, miały z niego zejść dopiero po latach bolesnych lekcji w NFL.
Numer jeden z Tampy, król przechwytów i klub 5000 jardów
Mimo kontrowersji Tampa Bay Buccaneers wybrali Winstona z numerem jeden całego draftu 2015 roku – i już w pierwszym sezonie pobił klubowe rekordy dla debiutanta. Przez pięć lat w Tampie budował reputację rozgrywającego zdolnego do spektakularnych, głębokich podań, ale też do równie spektakularnych błędów. Sezon 2019 stał się tego najlepszym symbolem: Winston rzucił wtedy 5109 jardów, dołączając do absolutnie elitarnego grona rozgrywających z ponad pięcioma tysiącami jardów w sezonie – ale poprowadził też całą ligę w liczbie strat, kończąc rok z trzydziestoma przechwyconymi podaniami. Nigdy wcześniej w historii NFL jeden zawodnik nie zgromadził w jednym sezonie aż tylu jardów i tylu interwencji naraz. Bucs nie przedłużyli kontraktu, a Winston, zamiast przyjąć któryś z większych finansowo ofert, zdecydował się na coś, co w tamtym momencie wyglądało na krok wstecz.

Harvard pod okiem Drew Breesa
Wybór padł na New Orleans Saints i rolę rezerwowego za Drew Breesem – legendą, którą Winston śledził od dziecka. Historia ich pierwszego spotkania brzmi niemal jak uroczy filmowy prolog: dwunastoletni Jameis, dorastający pod Birmingham, zdobył pierwszy w życiu autograf od Breesa tuż po tym, jak ten trafił do Nowego Orleanu w 2006 roku i rehabilitował ramię właśnie w Alabamie. Kartkę z autografem Winston zgubił, ale czternaście lat później, podpisując kontrakt z Saints, otrzymał coś znacznie cenniejszego – miejsce w sali treningowej obok swojego dziecięcego idola. Sam nazwał to doświadczenie „Harvardem szkoły rozgrywających”, podkreślając, że dotąd musiał uczyć się rzemiosła głównie sam, z nagrań wideo i Google’a, a teraz miał u boku kogoś, kto każdego dnia tłumaczył mu, dlaczego wybiera się jedną zagrywkę zamiast innej.
„Bo on nawet nie wie, ile dla mnie i mojej rodziny znaczy. Naprawdę go kocham, nie sądzę, żeby on to w pełni rozumiał” — Jameis Winston o Drew Breesie

Gdy w 2021 roku, już po odejściu Breesa na emeryturę, Winston w końcu dostał szansę jako pierwszy rozgrywający Saints, zaczął sezon fenomenalnie – pięć zwycięstw w pierwszych siedmiu meczach, czternaście przyłożeń przy zaledwie trzech przechwytach i rating przekraczający 102 punkty, a więc liczby zupełnie inne niż te z Tampy. Historia napisała jednak kolejny ironiczny rozdział: w ósmym tygodniu sezonu, w zwycięskim meczu z dawną drużyną — Buccaneers, Winston doznał zerwania więzadła krzyżowego i uszkodzenia więzadła pobocznego kolana po nieprzepisowym chwycie za kołnierz. Trener Sean Payton przyznał później, że po meczu, widząc Winstona w szatni, się rozpłakał – a mimo to sam kontuzjowany rozgrywający, niezdolny ustać o własnych siłach, tańczył na kulach razem z kolegami, świętując zwycięstwo. To właśnie ten obrazek – radość mimo bólu – wraca w opowieściach ludzi, którzy znają go najlepiej, jako kwintesencja jego charakteru.
Rodzina, która przetrwała każdą przeprowadzkę
Podczas gdy kariera zawodowa rzucała go między miastami – Tampa, Nowy Orlean, Cleveland, wreszcie Nowy Jork – jedno pozostawało stałe: Breion Allen u jego boku. Oświadczynom, które miały miejsce w maju 2018 roku w nowojorskim Metropolitan Museum of Art (tego samego dnia, w którym świat oglądał ślub księcia Harry’ego i Meghan Markle), towarzyszyła już ciąża – pierwszy syn pary, Antonor Malachi, przyszedł na świat dwa miesiące później. Ślub, zaplanowany jako duża, tradycyjna uroczystość, musiał zostać przeniesiony z powodu pandemii – Winston osobiście zorganizował więc kameralną ceremonię nad prywatnym basenem ich domu na Florydzie, udekorowanym płatkami róż i świecami, o czym wzruszona Breion pisała później w mediach społecznościowych jak o czymś, co „miało się wydarzyć właśnie tak”. W grudniu 2020 roku, dosłownie w sylwestrową noc, na świat przyszedł drugi syn, Taurus Allen. Dziś Breion, była koszykarka Rice University, łączy rolę matki z karierą w nieruchomościach i własną marką odzieżową, a rodzina Winstonów regularnie pojawia się na trybunach, gdziekolwiek akurat gra ich mąż i ojciec.
Cleveland, trzecia szansa i cierpliwość, której nauczył się w najtrudniejszy sposób
Po powrocie z kontuzji kolana Winston nie odzyskał już miejsca w składzie Saints – rolę pierwszego rozgrywającego objął najpierw Andy Dalton, a następnie Jameis spędził sezon 2023 jako rezerwowy za Derekiem Carrem. Zamiast obrażać się na los, podpisał roczny kontrakt z Cleveland Browns, gdzie ponownie wcielił się w rolę mentora i polisy ubezpieczeniowej dla młodszego rozgrywającego – tym razem Deshauna Watsona. Gdy ten zerwał ścięgno Achillesa w siódmym tygodniu sezonu, Winston wszedł na boisko bez wahania, udowadniając po raz kolejny, że rola „gracza na telefon” nie jest dla niego ujmą, lecz czymś, w czym – jak sam to ujął – po prostu lubi „służyć” zespołowi.
Twarz Super Bowl na Superdome, czyli showman bez kontraktu
Zanim jeszcze podpisał kontrakt z Giants, Winston przeżył epizod, który chyba najlepiej ze wszystkich pokazuje, dlaczego kibice całej ligi, niezależnie od barw klubowych, którym akurat kibicują, mają do niego taką słabość. Na początku 2025 roku, będąc wolnym agentem po sezonie w Cleveland, został zaproszony przez stację Fox Sports jako cyfrowy korespondent na cały tydzień poprzedzający Super Bowl LIX – rozgrywany akurat w Nowym Orleanie, na wyremontowanym Caesars Superdome, czyli w mieście, w którym spędził cztery sezony kariery i które wciąż uważał za drugi dom. Zamiast studyjnych analiz taktycznych, Winston przez siedem dni oprowadzał widzów po swoich ulubionych knajpkach, klubach muzycznych i zakątkach miasta, serwując package’e wideo pełne tej samej energii, którą kibice znają z jego pomeczowych przemówień i boiskowych pokrzykiwań.
Na pytanie dziennikarza Fox Sports o to, czy – podobnie jak obecny w mieście Pat McAfee – przyjechał się dobrze bawić, odpowiedział bez wahania, że będzie się bawił lepiej niż ktokolwiek inny w promieniu kilku kilometrów od Bourbon Street. Słowa dotrzymał: przez cały tydzień był wszędzie, z każdym rozmawiał, każdemu robił zdjęcie, a przy okazji – jak sam podkreślał w wywiadach – chciał nie tylko się bawić, ale też usłyszeć i pokazać całej Ameryce, jak Nowy Orlean podnosi się i świętuje po trudnych tygodniach, które miasto miało akurat za sobą. Ten gest nie umknął uwadze obserwatorów ligi: dziennikarze ogólnokrajowych mediów zaczęli otwarcie nazywać go „najbardziej viralowym zawodnikiem NFL” – kimś, kogo nagrania z boiska i zza kulis krążą po mediach społecznościowych niezależnie od tego, czy akurat gra dobrze, czy źle, i niezależnie od tego, w czyich barwach akurat występuje. Rola korespondenta tak bardzo przypadła mu do gustu, że już rok później Fox Sports ponownie po niego sięgnęło, tym razem angażując go do swojej ekipy komentatorskiej na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej 2026 roku – a Winston, pytany o przyszłość po zakończeniu kariery zawodniczej, coraz śmielej mówi o dziennikarstwie sportowym jako naturalnym kolejnym rozdziale.
„Wiem, że tacy ludzie jak Pat McAfee też przyjechali się tu bawić, ale ja będę się bawił lepiej niż oni wszyscy razem wzięci” — Jameis Winston podczas Super Bowl LIX
To właśnie ten tydzień w Nowym Orleanie najlepiej tłumaczy fenomen sympatii, jaką Winston cieszy się w całej lidze. Kibice Buccaneers pamiętają go jako utalentowany, choć niesforny pierwszy wyboru draftu; kibice Saints jako kogoś, kto płakał razem z trenerem po zerwanym więzadle; kibice Browns jako niezawodnego rezerwowego, który wchodził na boisko bez wahania; a kibice Giants dziś jako kapitana w teatralnym płaszczu przeciwdeszczowym, cytującego musicale po zwycięstwach. Rzadko który zawodnik potrafi przechodzić między drużynami tak często i za każdym razem zostawiać po sobie więcej sympatii niż irytacji – ale Winston, ze swoją bezpretensjonalną, nieustannie autentyczną osobowością, zdaje się być odporny na cynizm, jakim kibice traktują zwykle wędrownych zawodników najemnych.
Nowy Jork, kontuzja Jaxsona Darta i powrót do bycia potrzebnym
W 2025 roku Giants podpisali z nim dwuletni kontrakt wart do ośmiu milionów dolarów, traktując go jako doświadczony głos w szatni obok nowego starszego rozgrywającego Russella Wilsona i rookie’a Jaxsona Darta, którego klub uznawał za przyszłość na pozycji. Winston spędził pierwsze dziesięć tygodni sezonu jako trzeci rozgrywający w kolejności – rola, którą sam żartobliwie porównał do bycia kibicem z boiska, choć bez cienia goryczy. Kiedy wreszcie dostał szansę gry, zachował się jak człowiek, który czekał na nią latami: w pierwszym występie w roli startera Giants zacytował musical „Hamilton”, nazwał drużynę „New York Football Giants” i podziękował trenerowi Brianowi Dabollowi za to, że dał jego rodzinie szansę przeżycia czegoś takiego w Nowym Jorku i New Jersey.
„Myślę, że to miasto, ten stadion – jesteśmy gotowi zrobić absolutnie wszystko, żeby New York Football Giants mogli na koniec dnia świętować” — Jameis Winston
Rok później, we wrześniu 2026 roku, historia się powtórzyła niemal co do joty: Jaxson Dart doznał kontuzji kolana kończącej sezon, a Winston, tym razem już jako pełnoprawny kapitan drużyny, ponownie przejął stery. Poprowadził Giants do serii zwycięstw, w tym efektownego zwycięstwa nad Arizoną, w którym zaliczył trzy przyłożenia, a w całym sezonie regularnie zaskakiwał nieprzewidywalnością długich podań, które fani czule – i z przymrużeniem oka – nazywają „Famous Jameis”. Jak zauważają dziennikarze z Nowego Jorku, to właśnie ta mieszanka ryzyka i doświadczenia sprawia, że kibice momentami go kochają, a momentami biorą głęboki oddech, patrząc, jak rzuca piłkę w krycie trzech obrońców naraz – i zazwyczaj, ku ich zdziwieniu, trafia.
Mentor, kostiumolog i dusza szatni
To, co dziś najbardziej odróżnia Winstona od chłopaka z czasów Florida State, to rola, jaką pełni poza statystykami. W szatni jest tym, który pierwszy podejdzie żartować z dziennikarzami o ochronnym kasku kolegi z drużyny, Chrisa Olave, zanim na poważnie doceni wagę ich futbolowej chemii. Jest też tym, który w deszczowy dzień włoży płaszcz żeglarza, bo – jak twierdzą znający go ludzie – lubi, gdy na boisku i poza nim dzieje się trochę teatru. Ale pod tą warstwą showmaństwa kryje się też zawodnik, który przeszedł więcej zwrotów akcji niż niejeden serial: od chłopięcej fascynacji Drew Breesem, przez upokorzenie krabowymi nogami i tytuł lidera przechwytów całej ligi, po rolę mentora dla kolejnych pokoleń młodych rozgrywających – Watsona w Cleveland, a dziś Darta w Nowym Jorku.
Sam Winston, pytany ostatnio o rosnącą presję związaną z jego rolą w Giants, odpowiadał, że wcale mu to nie przeszkadza – bo, jak twierdzi, przeszedł już przez zbyt wiele, by bać się czegokolwiek na boisku. W świetle tego, co za nim stoi – Heisman w wieku dziewiętnastu lat, rekord INTów w jednym sezonie, zerwane więzadło krzyżowe, cztery drużyny w jedenastu latach kariery – trudno się z nim nie zgodzić.
Zupa z literek, ból wszędzie i śpiewanie w tunelu – słownik viralowego Jameisa
Gdyby spisać osobny słownik internetowych popkulturowych fenomenów związanych z NFL, hasło „Jameis Winston” zajęłoby w nim chyba najwięcej miejsca. Najsłynniejszy z jego rytuałów, „eat a W”, czyli dosłownie „zjedz W”, ma rodowód sięgający dzieciństwa w Alabamie – jak sam tłumaczył w podkaście „Pardon My Take”, wszystko zaczęło się od zupy z literek, bo jak dorastasz w „hood”, to właśnie taką zupę jadasz, a on już wtedy szukał w misce wyłącznie liter W. Z czasem metafora ewoluowała w naleśniki w kształcie litery W, a wreszcie w pełnoprawny rytuał przedmeczowy. Najsłynniejsza odsłona miała miejsce w 2017 roku w Tampie, tuż przed meczem z Nowym Orleanem: Winston, chcąc dosłownie zagrać metaforę, zaczął w trakcie przemówienia udawać, że je własne palce. Drużyna przegrała tamten mecz 10-30, a sam Winston przyznał później ze śmiechem: „chyba nie powinienem był wkładać tego W sobie do ust” – ale upierał się, że przesłanie i tak było „potężne”. Gest przetrwał dekadę i wszystkie cztery drużyny jego kariery: młody rozgrywający Giants Jaxson Dart odtworzył go wspólnie z Winstonem po zwycięstwie w sparingu, a rywale z Los Angeles Rams w 2026 roku odwrócili żart przeciwko niemu, podpisując swoje zwycięstwo nad Giants ironicznym „Ate an L”. Zapytany przez braci Manning na antenie „ManningCast” o to, jak właściwie poprawnie „zjeść W”, Winston z kamienną twarzą wyjaśnił, że najważniejsze jest odpowiednie podejście do dania, bo to przecież „porządny, białkowy posiłek” – po czym z całą powagą wspomniał o swoim złamanym w przeszłości palcu, który utrudnia mu idealną technikę.
Równie kultowy status zdobyła jedna z jego pomeczowych wypowiedzi z 2022 roku. Po wygranym w ostatniej chwili meczu otwarcia sezonu z Atlantą dziennikarz zapytał Winstona, grającego mimo wizyty w namiocie medycznym, gdzie dokładnie go boli. Odpowiedź – wypowiedziana z kompletnie poważną miną – brzmiała: „Po prostu ból. Był wszędzie, więc musiałem po prostu iść dalej i być odpornym”. Internet natychmiast zamienił to zdanie w nieśmiertelny mem, okraszony podpisami w rodzaju „musimy chronić Jameisa za wszelką cenę” – bo jak w ogóle odpowiedzieć na pytanie „gdzie boli”, jeśli boli po prostu wszędzie? Rok wcześniej podobną karierę zrobiła inna jego wypowiedź – gdy po efektownym zwycięstwie 38-3 nad Green Bay dziennikarz zapytał, co powiedział mu trener przed meczem, Winston zawiesił się w pół zdania, próbując sobie przypomnieć własne słowa, po czym skwitował to bezradnym: „powiedział nam, żebyśmy byli przygotowani” – riposta tak rozbrajająco szczera, że obiegła całą ligę.
„Po prostu ból. Był wszędzie, więc musiałem po prostu iść dalej i być odpornym” — Jameis Winston po meczu z Atlantą, 2022
To właśnie w huddle’u i w tunelu przed wyjściem na boisko Winston odnajduje się jednak najlepiej. W Cleveland potrafił w połowie przemówienia zacząć nucić motyw muzyczny z „Monday Night Football”, tłumacząc kolegom z drużyny, że cała ich kariera sprowadza się właśnie do tej jednej melodii, po czym kończył zawołaniem „energia, egzekucja, precyzja, dominacja!”. Przy innej okazji zafundował zespołowi zdanie, które do dziś cytowane jest jako kwintesencja jego pokrętnej, ale skutecznej retoryki: „to nie chodzi o światła, nie o kamery, nie o akcję… to chodzi o akcję” – paradoks, którego nikt nie potrafił do końca rozszyfrować, ale który, jak zapewniają gracze Browns, podziałał. W Nowym Jorku, przygotowując Giants na zastępstwo za kontuzjowanym Jaxsonem Dartem, krzyczał do kolegów skupionych w kole: „Dzisiaj to jedyny czas, jaki mamy! Czas zawsze jest teraz! Zegar zawsze tyka! Więc, każda szansa – wykorzystajcie ją do cna! Walczmy o siebie nawzajem! Walczmy do samego końca!” – zdanie, które w swojej prostocie i energii trafiło dokładnie tam, gdzie miało trafić. Nawet poza boiskiem potrafi zostać bohaterem wieczoru bez wypowiedzenia ani słowa: po wygranej Giants z Dallas we wrześniu 2026 roku kamery przypadkiem uchwyciły go w tle wywiadu kolegi z drużyny, jak z absolutną powagą polewa się perfumami – podobno szesnaście razy z rzędu – co błyskawicznie obiegło media społecznościowe z podpisami w stylu „czuć Jameisa aż w Shreveport”.
Nawet jego przygotowania fizyczne od lat są osobną gałęzią internetowego folkloru: w czasach gry dla Saints media co chwila publikowały nagrania jego nietypowych ćwiczeń, jak choćby trening zwinności z ręcznikiem, w trakcie którego uciekał przed własnym psem, imitując przy tym rzuty piłką, albo wyciskanie sztangi w leżeniu z nogami opartymi na piłce gimnastycznej. Całość – zupa z literek, ból wszędzie, śpiewanie w tunelu i chmury wody kolońskiej – składa się na portret zawodnika, który, niezależnie od tego, jak poważne jest dane spotkanie prasowe czy jak trudny sezon ma za sobą jego drużyna, nigdy nie traci z oczu tego, że futbol – i życie – mają być też po prostu dobrą zabawą. I właśnie dlatego kibice każdej z czterech drużyn, w których barwach grał, niezmiennie się do niego uśmiechają, nawet jeśli akurat przegrywają z nim na boisku.
Epilog: wdzięczność jako filozofia życia
Nowy Jork, podobnie jak Nowy Orlean, nie wybacza łatwo i nie rozdaje sympatii za darmo – trzeba na nią zapracować, mecz po meczu, sezon po sezonie. Jameis Winston, chłopak z Bessemer, który w wieku dziewiętnastu lat miał już w kieszeni Trofeum Heismana, a w wieku dwudziestu kilku lat musiał uczyć się od nowa, czym jest cierpliwość, zdaje się rozumieć tę zasadę lepiej niż niejeden debiutant. Jego droga – przez skandal z krabowymi nogami, przez rekordowy pod względem strat sezon w Tampie, przez zerwane więzadło w Nowym Orleanie i rolę zapasowego w Cleveland – nie jest może klasyczną opowieścią o linowym wznoszeniu się na szczyt. Jest raczej opowieścią o kimś, kto musiał upaść wystarczająco nisko, żeby w końcu nauczyć się grać nie dla siebie, lecz dla drużyny, która akurat go potrzebuje.
W Nowym Jorku, mieście, które kocha dobre powroty bardziej niż niejedno, Jameis Winston znalazł wreszcie scenę odpowiednią dla swojego talentu do teatralnych gestów – i, co ważniejsze, dla lekcji pokory, które przez dekadę odrabiał w najtrudniejszy możliwy sposób. Czy to będzie ostatni rozdział jego kariery, czy kolejny przystanek w drodze donikąd – nawet on sam przyznaje, że tego jeszcze nie wie. Wie natomiast jedno: że tym razem gra już nie z poczucia talentu, lecz z poczucia wdzięczności.
Autor: Paweł Sałata
Źródła: Wikipedia, ESPN, NFL.com, New Orleans Saints (neworleanssaints.com), Sports Illustrated / Giants Country, Bleacher Report, Newsweek, CBS News, Fox Sports, PFF, Sky Sports, Yahoo Sports, People, Cheat Sheet, Vocal Media, The Big Lead, College Football Network, Canal Street Chronicles
Categories