NFL: analiza końcówki sezonu – zacięta walka o konferencje i dywizje
No patrzcie, jeszcze nie tak dawno cieszyliśmy się z początku sezonu, a tu już jesteśmy po 13 kolejce i koniec sezonu regularnego tuż za rogiem, a to oznacza, że mamy wyodrębnione pewne grupy drużyn walczące o określone cele. Są contenderzy walczący o pierwsze miejsce w konferencji, są ambitni walczący o wysokie rozstawienie w play offach, są desperaci, którzy są dosłownie na krawędzi w walce o postseason… no i są ci (nadzwyczaj liczni) walczący o topowe wybory w drafcie. Kto jest kim? Kto zaskakuje, a kto rozczarowuje? Zapraszamy do lektury kolejnego podsumowania drużyn. Jednak tym razem, zmieniamy trochę format (bo nie ma sensu enty raz opowiadać o tym, że obrona Ravens bez gwiazd jest jedną z najlepszych w lidze, a 49ers to super team i faworyt do Super Bowl), tym razem analizując sytuację w poszczególnych częściach tabeli. Tekst Igor Białecki!
Na wstępie, zapraszamy na najnowszy odcinek naszego podcastu.
Jeśli chcielibyście dołączyć do #TeamNFLPolska i nas wesprzeć na serwisie Patronite, szczegóły znajdziecie na https://patronite.pl/nflpolska.com
lub klikając przycisk ->
Z góry bardzo serdecznie dziękujemy! Dzięki temu wsparciu możemy funkcjonować i się rozwijać.
***
Zaczniemy od niezwykle wyrównanej AFC, bo na szczycie tej konferencji robi się bardzo gęsto.
Walka o pierwszy seed w AFC zapowiada się naprawdę emocjonująco. Aż cztery drużyny mają realną szansę na bye w pierwszym tygodniu play offów i są to Miami Dolphins (9-3), Baltimore Ravens (9-3), Kansas City Chiefs (8-4) i Jacksonville Jaguars (8-4).
Na tą chwilę to właśnie Fins mają pierwsze miejsce w konferencji, tylko pytanie czy zdołają je utrzymać do końca rozgrywek? Ten i następny tydzień to spotkania, które Dolphins MUSZĄ wygrać, jeśli myślą o zostaniu “jedynką” w AFC, tym bardziej, że oba grają u siebie. Zarówno Titans, jak i Jets nie powinni stanowić problemu dla ekipy Mike’a McDaniela, ale ostatnie trzy kolejki to prawdziwy test przed play offami i to mimo, że dwa z trzech meczów grają w Miami. Najpierw w Wigilię w hicie podejmą Cowboys (spotkanie drużyn, które gromią słabiaków, ale nie wygrywają z zespołami z dodatnim bilansem), następnie w Sylwestra prawdopodobnie najważniejszy mecz w AFC do końca sezonu regularnego, bo na wyjeździe zmierzą się z Ravens, którzy z niełatwym kalendarzem będą musieli się namęczyć o pierwszy seed. Na deser Dolphins czeka mecz wewnątrz dywizji z Bills, którzy mimo licznych osłabień dalej potrafią zagrozić, a tym bardziej nie odpuszczą rywalowi z dywizji. Każdy zna możliwości Tuy Tagovailoa’y, który jest w gronie najlepszych rozgrywających w NFL, jednak twarzą ofensywy Fins niezaprzeczalnie jest WR Tyreek Hill, który jest na dobrej drodze do pobicia rekordu ligi w receiving yards i coraz śmielej wymieniany wśród kandydatów do wygrania MVP (mimo, że to niemal na pewno się nie stanie, a szkoda, bo jeśli jakiś skrzydłowy ma wygrać w końcu tą nagrodę, to kiedy jak nie teraz? Serio, nawet kicker raz zdobył MVP). Przed Dolphins słodko-gorzki kalendarz, ale jeśli udowodnią, że potrafią wygrywać z silniejszymi, z miejsca będą moimi faworytami do gry w lutym w Las Vegas.
W Baltimore zapewne patrzą w kalendarz Dolphins z małą dozą zazdrości, bo spośród tej czwórki, to Ravens mają zdecydowanie najcięższy terminarz. Mecz z Rams, którzy niespodziewanie wrócili do walki o play offy, następnie wyjazd do Duval (chociaż tam może być łatwiej z jednego prostego powodu, o którym zaraz), a im dalej w las tym gorzej: 49ers na wyjeździe, wspomniany mecz z Dolphins i na koniec spotkanie ze Steelers, z którymi Ravens już w tym roku przegrali, a jak pokazał ten sezon, Kruki mają tendencję do przegrywania spotkań z teoretycznie słabszymi rywalami. O ile na początku sezonu te porażki nie bolały, tak teraz pewnie kibice Ravens szarpią się za włosy myśląc, że przecież ci Colts, Steelers i Browns byli do ogrania. Czasu się już jednak nie cofnie i trzeba z tym żyć, a przede wszystkim skupić się na nadchodzących meczach. No właśnie – skupić. Na to Ravens muszą zwrócić szczególną uwagę, bo te trzy przegrane spotkania zakończyły się różnicą jednego posiadania – z Colts po dogrywce, a z Browns w ostatnich sekundach spotkania. Lamar i spółka nie powinni zmarnować tak dobrej pozycji wyjściowej i udowodnić, że nie bez powodu coraz głośniej mówi się o nich jako najsilniejszej ekipie w AFC.
Tymczasem w Kansas City w grafik mogą patrzeć z umiarkowanym optymizmem. Spotkania z Patriots i Raiders nie powinny być wyzwaniem dla obecnych mistrzów. Spotkanie z Bills u siebie, wbrew pozorom nie musi być łatwe. Buffalo w spotkaniu z Eagles pokazało, że potrafi podjąć wyrównaną walkę mimo licznych osłabień, a mogli nawet to wygrać… gdyby tylko im się chciało. Spotkanie z Bengals w Sylwestra byłby zaraz obok Ravens – Dolphins najważniejszym meczem w AFC, gdyby nie kontuzja Joe Burowa, która zakończyła jego sezon, ale prawdopodobnie pogrzebała plany Bengals na play offy. Z Jake’iem Browningiem za sterami ofensywy Cinccy, defensywa Chiefs nie powinna mieć większych problemów. I na koniec pożegnalny mecz Brandona Staleya z Chargers, który jeśli skończy się pogromem, będzie idealnym podsumowaniem kadencji tego tzw. head coacha. Jeśli Chiefs się “zepnął” mogą nawet w ciągu tych pięciu tygodni zrobić bilans 5-0 i przy potknięciu kogoś z dwójki Ravens – Dolphins wskoczyć na pierwsze miejsce w AFC. Tylko, no właśnie. Chiefs w tym sezonie pokazali, że dalej liczą się w walce o pierścień, ale również w pojedynczych spotkaniach pokazywali chwile słabości, które to niemalże kończyły się porażkami albo w te porażki się zamieniały. Chief zdają sobie sprawę z tego, że są trochę inną drużyną niż jeszcze w lutym, a jednocześnie nie są już najsilniejszą ekipą nie tyle co w całej lidze, co w samej AFC. Są widoczne braki przede wszystkim na skrzydłach, które funkcjonują głównie dzięki Mahomesowi, a i zwycięstwa Lions, Broncos, czy teraz Packers pokazały, że z Chiefs da się wygrać. Chiefs dalej mogą myśleć o walce o mistrzostwo, ale już nie mogą być tak pewni swojej pozycji jak przed sezonem zakładano.
W Jacksonville natomiast mają zdecydowanie nietęgie miny. Mimo bilansu 8-4, prowadzenia w dywizji i szans na pierwszy seed w AFC, to powodem zmartwień na Florydzie jest kontuzja jakiej w MNF przeciwko Bengals nabawił się Trevor Lawrence. Skręcenie kostki nie jest co prawda czymś co wyklucza z gry na parę tygodni, lecz może przerodzić się w gorszą kontuzje, jeśli nie będzie odpowiednio leczone. W poniedziałek Lawrence nie był w stanie zejść do szatni o własnych siłach i wyglądało to dosyć poważnie. Jednak Jaguars ogłosili, że Trevor ma być starterem w niedzielnym spotkaniu z Browns, więc albo kontuzja nie okazała się tak poważna, na jaką wyglądała albo Jags stwierdzili, że w decydującym okresie sezonu wolą postawić wszystko na jedną kartę i nie ryzykować utraty pozycji w tabeli grając C. J. Beathardem na rozegraniu. Jakby tego mało, kontuzji doznał również WR Christian Kirk i prawdopodobnie będzie musiał przejść operację, a co za tym idzie – straci sezon. Jaguars muszą również bacznie obserwować plecy, bo mistrzostwo AFC South bardzo szybko może wyślizgnąć im się z rąk, a to za sprawą albo elektryzującego debiutanta na czele młodej ekipy Texans albo magii wąsacza z Colts. Zatrzymajmy się na chwilę właśnie w AFC South, bo tutaj walka o dywizję będzie zdecydowanie najbardziej emocjonująca w całej konferencji. Poza słabiutkimi Titans, wszyscy mają nie tylko szansę na grę w postseasonie, co na wygranie dywizji. Tym bardziej, że wszyscy trzej mają w miarę przystępne kalendarze. Jaguars mogą mieć “ciężary” w spotkaniach z Ravens oraz z nieco lekceważonymi w tym sezonie Buccaneers, którzy mimo, że przegrywają, tanio skóry nie sprzedają. Texans grają w kratkę – potrafią przegrać z Falcons i Panthers, by następnie wygrywać z Bengals ze zdrowym Joe Burrowem czy urządzić strzelaninę z Buccaneers. Jeśli wystarczająco się skupią mogą nawet wygrać wszystkie spotkania do końca sezonu (ale zapewne się tak nie stanie – w końcu to NFL i niejeden “pewniaczek” już tutaj nie wszedł). No ale przyjrzyjmy się temu grafikowi – Jets, dwa razy Titans, Browns i na koniec decydujący mecz z Colts. Teoretycznie wszystko tutaj jest jak najbardziej możliwe do wygrania. Tymczasem w Indianapolis trwa Mishewmania. Chyba nikt nie przypuszczał, że po kontuzji Anthony’ego Richardsona Colts ukradkiem zrobią bilans 7-5 i gdyby sezon regularny kończył się dzisiaj, wówczas Źrebaki graliby w play offach jako drużyna z 7-mego miejsca. Po swoim bye weeku wygrali wszystkie cztery spotkania z rzędu i teraz poważnie zagrażają Jaguars i Texans. Colts mają z tej trójki najbardziej wyrównany kalendarz, a co za tym idzie nieprzewidywalny. “Wyremontowany” roster Colts z Shane’em Steichenem sprawują się zaskakująco dobrze i mogą z delikatnym optymizmem patrzeć na następne tygodnie. Steelers w obecnej dyspozycji z Mitchem Trubiskym, Falcons, Raiders i Texans to nie jest najtrudniejszy zestaw rywali, ale jeśli nawet Colts nie awansują w tym roku do play offów to raczej nikt pretensji do Steichena mieć nie będzie, bo ten projekt ze zdrowym Anthonym Richardsonem rysuje się naprawdę obiecująco, a bez awansu będą mieli wyższy pick w drafcie. Ale nawet z Richardsonem za sterami nikt po Źrebakach nie oczekiwał nie wiadomo czego, przechodzą przez okres przejściowy, w którym powinni mądrze budować drużynę, która za parę lat może przerodzić się w groźnego rywala dla całej AFC. Grunt – to tego nie zawalić (patrz: Andrew Luck). Jedynym rywalem w swoim kalendarzu, którego Colts powinni wziąć w kółeczko jako “potencjalna przegrana” to Cincinnati Bengals.
Gardner Minshew's postgame moves 😂
(via @NFLonCBS) pic.twitter.com/TUIxYxRlOm
— NFL (@NFL) December 3, 2023
Tak – ci Bengals bez Joe Burrowa dalej pokazują, że mogą wygrywać. Co prawda było to spotkanie z Jaguars, którzy prawie cały mecz grali bez Lawrence’a, ale Bengals, mimo to pokazali klasę, a Jake Browning udowadnia, że nie jest taki zły jak mógł się wydawać. Burrow to na pewno duża strata dla całej drużyny, ale reszta najważniejszych graczy pozostaje praktycznie zdrowa. Duet Ja’Marr Chase – Tee Higgins dalej jest zmorą wszystkich secondary w lidze, a obrona dowodzona przez Lou Anamuro wciąż potrafi zatrzymać czołowe ofensywy. Jednak kalendarz Bengals nie należy do najprzyjemniejszych i może być naprawdę ciężko wywalczyć play offy, a nawet jeśli to by się udało, to bez Joe Burrowa Bengals za dużo by sobie w post seasonie nie pograli. Taka bolesna prawda i w Cinncy powinni już w zasadzie patrzeć na to, który OT będzie dostępny w drafcie i zastanowić się jak lepiej chronić swoją gwiazdę, bo Burrow w swojej karierze był już częściej sackowany niż wspomniany Andrew Luck, który przez liczne kontuzje spowodowane tym, że Colts raz – nie potrafili go chronić, dwa – za wcześnie puszczali na boisko, doprowadzili do zakończenia jego obiecującej kariery. Oby Bengals uczyli się na błędach innych. Skoro już zahaczyliśmy o Bengals przyjrzyjmy się całej AFC North, bo tutaj może się wszystko wydarzyć (poza zwycięzcą tej dywizji, którym niemal na pewno zostaną Ravens). Sytuacja drużyn z AFC North wygląda tak, że wszystkie (poza Ravens (szok)) grają rezerwowymi QB. Bengals – Jake Browning, Steeler – Mitch Trubisky, Browns – Dorian Thomp… znaczy się PJ Wal…, znaczy się Joe Flacco. Tak, Browns na przestrzeni sezonu zagrali już czterema starterami i kiedy sięgasz po Joe Flacco, bo twój nominalny back-up zawala mecze, to wiedz, że jest naprawdę źle. W Cleveland mogą tylko załamywać ręce, bo z Deshaun Watsonem mieli realne szanse, żeby w końcu wyjść z cienia innych ekip z dywizji, a tu znowu wszystko rozbija się o rozegranie. Nad Browns chyba ciąży jakaś klątwa, która nie pozwala im mieć rozgrywającego na przyzwoitym poziomie. Steelers sami sobie kładą kłody pod nogi – najpierw zdecydowanie zbyt późne zwolnienie Matta Canady, a kiedy już się go pozbyto i ofensywa zaczęła “jakoś” wyglądać, to jak na złość kontuzję złapał Kenny Pickett, którym Stalowi mogliby coś jeszcze ugrać, ale z Mitchem Trubiskym play offy mogą niemal na pewno wsadzić między bajki. Teraz Steelers przegrali dwa spotkania, które nie tyle co powinni wygrać, co musieli wygrać. Porażkę z jednym tankowcem jeszcze da się zrozumieć, ale z dwoma z rzędu? I to w dodatku z back-upem na rozegraniu. I to z drużyną, która w ostatnich trzech meczach razem wziętych zdobyła mniej punktów, niż w Pittsburghu. Wstyd to mało powiedziane. Być może będziemy świadkami historii, kiedy Mike Tomlin zalicza swój pierwszy sezon z ujemnym bilansem, co nie jest takie nieprawdopodobne zważając, że w kalendarzu mają Colts, Bengals, Seahawks i Ravens.
AFC West kolejny raz została zdominowana przez Chiefs, ale dużo ciekawiej jest na jej tyłach, gdzie teoretycznie każdy ma jeszcze szanse na grę w post seasonie, ale los Chargers i Raiders wydaje się być już przesądzony. W obu organizacjach w zasadzie już patrzą na następny sezon i zarówno w LA, jak i LV najważniejszą decyzją będzie wybór nowych head coachów. Natomiast ciekawie zrobiło się w Denver, gdzie Sean Payton “naprawił” Russella Wilsona, więc spełnił główny cel tegorocznej kampanii, jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia i Broncos mają realne szanse na grę w play offach. Zadanie utrudnili sobie przegrywając w ostatnich sekundach z Texans, z którymi bezpośrednio walczą o 6-7 miejsce w konferencji. Kalendarz – słodko-gorzki. Dwa razy Chargers, Lions, Patriots i Raiders. Da się z tego zrobić bilans 9-8, a jeśli im się poszczęści – może nawet 10-7, ale i tak nie wiadomo czy te 10-7 wystarczy Broncos na awans w tak wyrównanej AFC. Dużo o drużynie z Colorado powie następny sezon i to jak dalej będzie się układała współpraca na linii Wilson – Payton. Jeśli Broncos uda się zagrać jeden mecz w postseasonie to na pewno będzie to miła niespodzianka dla kibiców.
Na koniec konferencji AFC trzeba napisać parę zdań o Buffalo Bills. Można odnieść wrażenie, że już od paru tygodni wokół Bills nie dzieje się dobrze. I nie chodzi tylko o kontuzje kluczowych zawodników. Coraz więcej zaczyna się mówić w ligowych kuluarach, że na gorącym stoliku wylądował Sean McDermott – head coach Bills, który ma “nie spełniać oczekiwań” właścicieli. W moim zestawieniu trenerów na gorących stolikach, nie umieściłem McDermotta, ale ciężko się nie zgodzić, że może on po prostu zawodzić, a nie wygranie Super Bowl z tak zbudowaną drużyna, która rok temu była nr 1 bukmacherów, to chyba po prostu porażka. Bills rok temu ledwo przeszli osłabionych Dolphins i w kiepskim stylu odpadli z Bengals, a w tym roku wychodzi na to, że samo wejście do play offów będzie wyzwaniem. Tym bardziej, że czeka ich wyjazd na Arrowhead i kolejny na przestrzeni lat pojedynek z Chiefs, następnie Cowboys, którzy są “na gazie”, “łatwiejsze” spotkania z Chargers i Patriots oraz pojedynek z Dolphins. Jak widać – łatwo nie będzie. Zwolniono jak do tej pory tylko koordynatora ofensywy, ale należy to traktować raczej w kategoriach kozła ofiarnego, niż rzeczywistej zmiany, tym bardziej że ofensywa Bills jeszcze trzyma poziom, co innego defensywa, której play callerem jest McDermott. A ostatnio o McDermocie zrobiło się nieprzyjemnie głośno, kiedy wyszło na jaw, że szkoleniowiec Bills w 2019 roku postanowił w swojej mowie o grze zespołowej w dość nietypowy sposób zmotywować zawodników. Otóż, McDermott jako przykład współpracy w dążeniu do celu podał… terrorystów, którzy 11 września 2001 roku zaatakowali i zniszczyli dwie wieże World Trade Center. Porównanie, delikatnie rzecz mówiąc nie na miejscu. McDermott niemal natychmiast, po tym jak sprawa trafiła do mediów przeprosił i przyznał, że było to “okropne porównanie” i nie powinien tego mówić. Ale mleko się rozlało i stawia jeszcze więcej znaków zapytania przy jego pozycji jako head coacha Bills. Wszystko wyjaśni się kiedy Bills będą po meczu w Miami i od tego czy wtedy znajdzie się dla nich miejsce w postseasonie.
Standings on business. pic.twitter.com/n8DaJWqsoe
— NFL (@NFL) December 5, 2023
Zmieniamy konferencję i przechodzimy do tej “gorszej”, ale jednocześnie tej, w której gra “superteam”, albo jak kto woli – drużyna kompletna. Ale spójrzmy jak wygląda w tej chwili czołówka NFC.
Eagles z bilansem 10-2 na pierwszym miejscu, zaraz za nimi 49ers, Cowboys oraz Lions – wszyscy z bilansem 9-3 i każdy z chrapką na odebranie “jedynki” Orłom, które w ostatnim spotkaniu z Niners obnażyli niemal wszystkie swoje słabości, zarówno w ataku jak i w obronie, przez która Deebo Samuel przechodził jak przez czerwony dywan. Już wcześniej ja i wiele osób, które zna się na tym trochę lepiej ode mnie miało wrażenie, że bilans Eagles jest trochę nadmuchany i potwierdza zasadę, że gra nie do końca odzwierciedla wyniki. W meczu z SF, prawie nic nie funkcjonowało tak jak powinno – od gry podaniowej, linii ofensywnej, przez pass rush i na tragicznej secondary kończąc. Jalen Hurts próbował wyciągnąć z tego ile się dało, ale nieszczególnie pomagała mu OL, która rok temu była wręcz elitarna, a w tym roku dopuściła do już 32 sacków. Eagles na pewno pomoże w miarę przyzwoity kalendarz, z jednym jedynym wyjątkiem – mecz w ramach MNF z Dallas Cowboys. Istny klasyk NFC East i bardzo ważne spotkanie w kontekście nie tylko zwycięstwa w tej dywizji, ale być może w całej NFC. Jeśli Cowboys myślą o bye weeku w postseasonie, muszą to wygrać, inaczej musieliby wygrywać resztę swoich spotkań (a łatwo nie będzie – po Eagles, Kowboje grają z Bills, Dolphins, Lions i Commanders), a jednocześnie liczyć na parę potknięć Eagles z Seahawks, Giants i Cardinals. Eagles, jeśli wygrają, prawdopodobnie przypieczętują drugie mistrzostwo NFC East z rzędu (będą jednocześnie pierwszą drużyną od czasów… Eagles z 2004 r., która wygrała tą dywizję co najmniej dwa lata z rzędu), ale również prawdopodobnie pierwsze miejsce w całej konferencji. Szczególnie porównując ich kalendarz z grafikami ich oponentów. Cowboys są na fali, rozjeżdżając słabszych rywali, ale mając wyraźne kłopoty z silniejszymi lub równymi sobie rywalami (dlatego bardzo ciekawe będzie spotkanie w Wigilię z Dolphins). Kluczem do zwycięstwa będzie na pewno utrzymanie tak wysokiej formy Daka Prescotta – który przebija się w dyskusjach o tegorocznym MVP – jak i reszty ofensywy, a defensywa powinna wrócić do swojej wcześniejszej dyspozycji.
San Francisco 49ers – mimo, że prawdopodobnie najmocniejsza drużyna w całej lidze – nie musi wygrać wszystkich swoich nadchodzących spotkań i teraz czkawką mogą im odbić się trzy porażki z rzędu w pierwszej fazie sezonu. Przed Niners trzy spotkania wewnątrz dywizji z Seahawks, Cardinals i Rams, a jak wiadomo spotkania dywizyjne rządzą się swoimi prawami. Poza tym jeszcze Commanders i zdecydowanie najcięższe ze wszystkich spotkanie z Ravens, co prawda u siebie, ale to dalej Ravens, a Lamar Jackson rzadko kiedy przegrywa z drużynami z NFC (bilans 18-3). W San Francisco muszą więc, nie tylko wygrać większość swoich spotkań, ale i liczyć na Cowboys w starciu z Eagles.
Tymczasem w Detroit cieszą się z bilansu 9-3 i tego, że dalej mają szansę na pierwsze miejsce w NFC, ale jednocześnie mają chyba najmniejsze szanse spośród wymienionej wyżej trójki. W ostatnich spotkaniach można zauważyć pewne “czerwone flagi” w grze Lwów. Przede wszystkim chwalona na początku sezonu defensywa wróciła trochę do punktu wyjścia i znowu ma się wrażenie, że jedynym zawodnikiem Aidan Hutchinson. Ale również ofensywa nie ima się błędów, głównie w postaci strat, którymi niemal co przegrali mecz z Bears. Jared Goff również nieco spuścił z tonu, który we wspomnianym meczu z drużyną z Chicago rzucił aż trzy przechwyty, a w ostatnich trzech meczach dokładność jego podań spadła do 64-65%. To dalej niezły wynik, ale nie tak dobry jak na starcie sezonu. Dalej bardzo dobrze sprawuje się gra biegowa z Davidem Montgomerym i Jahmyrem Gibbsem i to ona w ostatnich spotkaniach odpowiadała za większość punktów Lions. Mecz z Bears w zasadzie bardziej Bears przegrali, niż Lions wygrali, następnie zasłużenie przegrali z Packers, a w ostatnią niedzielę co prawda pokonali na wyjeździe Saints, jednak w pewnym momencie było blisko żeby i to spotkanie Lions zawalili, bo po prowadzeniu w pierwszej kwarcie 21-0, nagle przygasli i to Saints przejęli inicjatywę, mimo, że ani razu nie wyszli na prowadzenie. Jak widać, są pewne rzeczy, które trzeba poprawić na nadchodzące spotkania, które nie należą do najłatwiejszych, bo Lions mierzą się ponownie z Bears, Broncos, Cowboys i dwa razy z Vikings. Szczególnie te dwa spotkania z Wikingami będą kluczowe, nie tylko dla Lions, ale i całej NFC North.
Właśnie na północy NFC zaczęły dziać się ciekawe rzeczy, ponieważ odmłodzeni Packers zdają się wracać do żywych i mają okazję wrócić do play offów i walka o to zapowiada się bardzo emocjonująco. Packers i Vikings z bilansem 6-6 – grają między sobą 1 stycznia w ramach SNF, więc jeśli ktoś zakończy zabawę sylwestrową, to będzie miał ciekawy mecz do obejrzenia, bo prawdopodobnie to spotkanie rozstrzygnie, kto poza Lions będzie reprezentował NFC North w postseasonie. Z tym, że to Vikings mają cięższy terminarz, bo mierzą się z Raiders, Bengals i dwa razy z Lions, podczas gdy ich oponenci z Wisconsin grają z Giants, Buccaneers, Panthers i Bears. Drużynie z Minneapolis z pewnością nie pomaga to, że magia Joshuy Dobbsa trochę uleciała, po początkowej euforii nad jego formą, ale być może gra podaniowa odżyje, ponieważ po przerwie wymuszonej kontuzją wraca Justin Jefferson i tutaj Vikings mogą upatrywać swoich nadziei na grę w play offach. W Green Bay odzyskują wiarę w Jordana Love’a, po niezbyt imponującym początku sezonu. Wygranym spotkaniem z Chiefs młody rozgrywający zbudował sobie jednak pewien kredyt zaufania wśród kibiców Packers i da się czuć dużą dozę optymizmu. Matt LeFleur robi naprawdę dobrą robotę z tym młodym rosterem i jeśli z tym zagra w postseasonie, wówczas dołączy, do i tak już szerokiego grona kandydatów do trenera roku. Packers na zdrowie zrobiło pozbycie się Aarona Rodgersa i jego świty, bo nie da się ukryć, że był to jeden z kluczowych elementów hamujących ewolucję tego zespołu. Mimo to, na Packers ciąży zdecydowanie mniejsza presja właśnie przez pryzmat tego młodszego składu. Vikings natomiast są u progu swoich możliwości i w Minnesocie w zasadzie nie do końca wiadomo, w jakim kierunku ten zespół powinien pójść. Czy myśleć o przebudowie, czy też próbować utrzymać obecny skład i dalej próbować coś osiągnąć.
Przenosimy się na ciepły zachód, a tam niespodziewanie do walki o play offy włączyli się Los Angeles Rams, dla których miał być to tylko sezon “przejściowy”, a tymczasem niewiele im brakuje aby to oni, a nie Seahawks, zagrali w postseasonie. Rok temu Geno Smith był fajną historią i przyjemnie się go oglądało. Teraz Smith również gra bardzo przyzwoicie, ale widać, że żeby walczyć o najwyższe cele, trzeba po prostu kogoś lepszego. Zawodzi również defensywa i atak często ciągnie cały mecz przez nieudolność swoich kolegów z obrony. Rams z kolei mają ten komfort, że mieli minimalne oczekiwania i nie ciąży na nich presja w związku z “musem” gry w play offach, w przeciwieństwie do Seahawks. Obie drużyny mają porównywalne kalendarze, z tą przewagą, że Rams odnieśli dwa zwycięstwa nad Seahawks, więc to drużyna ze Seattle powinna się obawiać o swoją pozycję. Dodatkowo Seahawks mają bardzo ciężkie dwa tygodnie z rzędu grając najpierw z 49ers, a następnie z Eagles. Warto obserwować sytuację w NFC West, bo jest niemal tak samo ciekawa, jak w NFC North.
No i na koniec najlepsze, czy dywizja gdzie w zasadzie jeszcze nic nie wiadomo, poza tym że Panthers stracili nawet matematyczne szansy na grę w play offach (a niektórzy typowali ich do wygrania dywizji). Równie dobrze Saints, Buccaneers i Falcons mogą rzucić kośćmi i ten komu wypadnie największa ilość oczek zagra w play offach, bo rezultat w każdym wypadku będzie ten sam, czyli odpadnięcie w wild card round. Saints robią wszystko żeby tylko nie wygrać tej dywizji, Buccaneers starają się jak mogą, ale siła rosteru nie pozwala im na lepszy bilans, a Falcons wykorzystują niedolę swoich rywali i z jakiegoś powodu prowadzą w dywizji. Wszystkie trzy zespoły mają w swojej rozpisce na najbliższe tygodnie trzy mecze w dywizji, więc szykuje się bardzo emocjonująca walka o wygranie dywizji, która swoją widowiskowością będzie przypominać oklepywanie się nawzajem plastikowymi łopatkami dzieci w piaskownicy. To będzie również walka o to, kto straci pracę jako head coach. Frank Reich już poleciał, Denis Allen, jeśli nie awansuje z Saints na pewno straci pracę (i dobrze), Todd Bowles też nie daje poważnych argumentów, aby zostawić go w Tampie jako head coacha, a Arthur Smith swoim nieznośnym charakterem i osobowością, zwalając winę za porażki na wszystkich, tylko nie na siebie, może się uratować tylko awansując z Falcons.
Krótko mówiąc: będzie się działo!
Autor: Igor Białecki
*
Mamy też swoją, dedykowaną grupę na facebooku. Zapraszamy do dołączenia.
Categories
AKTUALNOŚCI, NFL, NFL, Wpisy