Skip to content

Futbol w Mieście Aniołów – czy Rams i Chargers zadomowili się (ponownie) w Los Angeles?

Los Angeles to druga największa metropolia Stanów Zjednoczonych, która jest jednocześnie drugim największym rynkiem medialnym. Pod względem światowej popularności prawdopodobnie również plasuje się na drugim miejscu, choć trudno tutaj o wymierny ranking. Metropolia LA ma dwa zespoły w lidze NBA (Lakers i Clippers), dwa w MLB (Dodgers i Angels, którzy grają w Anaheim) i dwa w NHL (Kings i Ducks, którzy również grają w Anaheim), mimo że stan Kalifornia raczej z hokejem na lodzie się nie kojarzy. Jakim więc cudem przez ponad 20 lat nie było tutaj zespołu NFL? Zapraszamy!

Los Angeles było pierwszym miastem na Zachodnim Wybrzeżu USA, które otrzymało swoją drużynę NFL. Stało się to w roku 1946, kiedy przenieśli się tam Cleveland Rams. Od tamtej pory Los Angeles Rams grali w NFL kilkadziesiąt lat, a w międzyczasie, w roku 1982, z położonego w tym samym stanie Oakland dołączyli do nich Raiders, którzy przejęli osierocony przez Rams (w 1979 przenieśli się na stadion w Anaheim) Los Angeles MemorialColliseum. Szybki sukces Raiders (mistrzostwo wygrane w sezonie 1983), połączony z sukcesami innych drużyn z serca Los Angeles (przede wszystkim Lakers i Dodgers, ale też Kings) sprawił, że przebywający w Anaheim Rams stracili nieco na popularności i liczba ich fanów zaczęła się przerzedzać. Był to jeden z powodów (innymi były m.in. mierne wyniki, wzajemne obwinianie się przez władze i kibiców, stadion i ogólna nieprzyjemna atmosfera), dla których Rams postanowili z Los Angeles wyjechać. Ku zaskoczeniu wszystkich, właściciel Raiders, Al Davis, ze względu na nieporozumienie z ligą w sprawie nowego stadionu (Coliseum zostało uszkodzone w wyniku trzęsienia ziemi w Northridge w 1994 roku, a komisja sportu Los Angeles wstrzymała jego renowację) także postanowił, że – mówiąc kolokwialnie – zabiera swoje zabawki i wraca do domu, czyli do Oakland. Nagle, w ciągu dwóch miesięcy roku 1995, Los Angeles straciło obie swoje drużyny.

Reakcja na to wydarzenie w świecie NFL była jednoznaczna. Wszyscy wierzyli, że futbol wróci do LA bardzo szybko. Pojawiły się jednak problemy. Pierwszy – liga zdecydowała, że o ewentualnym powrocie futbolu do Los Angeles musi zadecydować wszystkie trzydzieści (wtedy) zespołów ligi. Drugi – Los Angeles miało problem ze stadionem, bowiem Coliseum czy Rose Bowl robiły się po prostu stare.

Najbliżej powrotu było w 1999 roku, czyli po stosunkowo niedługiej przerwie. Wtedy to Los Angeles dostało zgodę na stworzenie nowej drużyny, mającej być ligowym numerem 32 (drużyną nr 31 byli powracający Cleveland Browns). Niestety, problemem znów okazał się stadion i jego finansowanie. LA nie dogadało się z ligą w tej kwestii, więc zgoda została cofnięta i przyznana innym kandydatom, znanym aktualnie jako Houston Texans. Po tym wydarzeniu temat powrotu nie powrócił w poważnych rozmowach przez długie lata. Dlaczego? Po pierwsze – pojawiły się plotki, że liga pozwoli na powrót dopiero wtedy, jeśli przeniosą się tu dwa zespoły (co było trudne) i zgodzą na grę na tym samym stadionie, na wzór New York Giants i New York Jets na MetLife Stadium. Po drugie – okazało się, że brak drużyny w Los Angeles…sprzyja rozwojowi NFL. Wiele drużyn, chcąc uzyskać zgodę (i pieniądze) na przeróżne rzeczy, głównie budowę lub rozbudowę stadionu, groziło swoim aktualnym miastom. Jak?„Jak nie dacie pieniędzy, to przenosimy się do Los Angeles”. Prosty szantaż, ale, jak się okazało, bardzo skuteczny. Według raportów, do 2015 roku ponad połowa drużyn NFL użyła Los Angeles jako argumentu w negocjacjach z miastami, które łącznie przyniosły co najmniej 400 milionów dolarów.

Potrzeba futbolu w LA wciąż jednak była bardzo duża. Mimo 20 lat bez drużyny mecze NFL wciąż były najchętniej oglądanymi transmisjami w mieście.To w metropolii LA swoją siedzibę ma utworzone w 2003 roku NFL Network. O wielkości rynku medialnego wiemy już ze wstępu, ale co powiecie na dodatkową perspektywę do tej informacji? Otóż Los Angeles to rynek medialny numer 2 w Stanach Zjednoczonych, rzecz jasna największy w tamtym okresie, jeśli chodzi o miejsca bez drużyny w NFL. Drugi największy? Orlando, czyli…dopieronumer 18 na tej liście. A warto zauważyć, że zaledwie 75 mil od Orlando jest Tampa, dom Buccaneers, co w tym przypadku mogło załagodzić nieco tę pustkę.

Nie było wyjścia. Futbol prędzej czy później musiał do LA wrócić. I tyle. Pytanie jak, kiedy i która drużyna tego dokona? Komisarz ligi, Roger Goodell, w wywiadzie z 2012 roku powiedział, że jedyną opcją na powrót będzie ekspansja ligi do 34 drużyn, z czego obydwie nowe musiałyby powstać właśnie w LA. Hmm…z perspektywy czasu powiedzmy, że nie trzeba brać każdego słowa komisarza za pewne informacje.

Ale po kolei. W 2015 roku oficjalnie (plotki pojawiały się od początku roku 2014) poinformowano, że Stan Kroenke, właściciel St.Louis Rams, kupił duży teren w Inglewood (część metropolii LA) i zamierza zbudować tam stadion na miarę NFL. Trudno się więc dziwić, że całe futbolowe środowisko zaczęło spekulacje. I to nie na temat tego, czy Rams wrócą do swojego wieloletniego domu, ale kiedy to zrobią.

Z kolei Roger Goodell tonował nastroje. Stwierdził, że mimo stadionowych plotek nie widzi na razie szansy na to, żeby w sezonie 2016 w mieście zagościła liga NFL. Co było dalej? Tak, zgadliście, Rams w sezonie 2016 grali już w Los Angeles. Panie Goodell…

To jednak sprawa poboczna. Powrót Rams nie był bowiem taki prosty. Okazało się bowiem, że nie są jedyną drużyną z przeszłością w Mieście Aniołów, która jest zainteresowana relokacją. Wniosek o powrót złożyli również Raiders i Chargers (grali w LA w swoim inauguracyjnym sezonie w lidze AFL, dopiero potem przenieśli się do San Diego). Propozycje były dwie – Rams jako solowy powrót na stadionie w Inglewood lub wspólna propozycja dwóch pozostałych drużyn, które miałyby wybudować swój stadion w Carson. I tu pojawiła się kolejna rozbieżność. Z jednej strony Rams wydawali się ciekawszym projektem (kilkadziesiąt lat w mieście, gotowe plany stadionu, w dodatku ich pozostanie w St. Louis było uważane przez niektórych za niekorzystne), a z drugiej NFL wciąż bardzo podobał się pomysł o dwóch drużynach dzielących stadion na wzór ekip nowojorskich. Na kilka dni przed decyzją właściciel Dallas Cowboys, Jerry Jones, zaproponował, żeby to połączyć i dołączyć jedną z drużyn z Carson do Inglewood, do Rams. Propozycja zainteresowała kluby, jednak głosowanie obejmowało tylko dwie pierwotne propozycje. Komitet ds. szans LA złożony z właścicieli drużyn NFL – Clark Hunt (Chiefs), Robert Kraft (Patriots), John Mara (Giants), Art. Rooney Jr. (Steelers), Bob McNair (Texans) i Jerry Richardson (Panthers) – wolał opcję łączoną, jednak zgodnie z uchwałą z 1995 roku, ostateczną decyzję miały podjąć wszystkie drużyny NFL, które w tym wypadku wybrały „projekt Rams”. W ten sposób futbol oficjalnie wrócił do LA.

To głosowanie nie było jednak końcem negocjacji. Przez kilka godzin drużyny debatowały jeszcze nad propozycją Jerry’ego Jonesa. Nie chodziło oczywiście o odwrócenie dopiero co podjętej decyzji, a o wypracowaniu kompromisu. Tak też się stało. Rams mieli wrócić do ligi na stadionie Inglewood, a Chargers otrzymali propozycję powrotu razem z nimi. Drużyna z San Diego przystała na propozycję (gdyby odmówili, ofertę otrzymaliby Raiders) i tak jak bardzo szybko Los Angeles straciło swoje dwie drużyny w 1995 roku, tak względnie szybko (Chargers wrócili rok po Rams, w sezonie 2017) dwie drużyny odzyskało.

Happy end? Niekoniecznie, przynajmniej nie na tamten moment. Można bowiem przenosić drużyny w tę i z powrotem, można im budować nowe stadiony, można manipulować wieloma sprawami związanymi z drużynami, ale jedną sprawą manipulować bardzo trudno, a w zasadzie jest to mało wykonalne. Chodzi o fanów. Fanom futbolu z LA nie można było tak po prostu wrzucić dwóch drużyn do miasta po ponad 20 latach przerwy i powiedzieć: „macie, kibicujcie im”. Więź z miastem, kulturą i kibicami trzeba było odbudowywać od nowa. Szczególnie, że nie wszyscy kibice w mieście byli neutralni, a nastroje kibicowskie nie sprzyjały akurat dwóm powracającym drużynom.

W ankietach i badaniach przeprowadzonych niedługo przed powrotem wyszło, że procentowo najwięcej fanów w LA mają…Raiders (co stoi nieco w sprzeczności z decyzją NFL). Trudno się jednak dziwić, Raiders odchodzili w bardziej przyjaznej atmosferze (złośliwi stwierdziliby, że trudno było o mniej przyjazną niż Rams), a w dodatku przeprowadzili się do względnie niedalekiego (jak na USA) Oakland. I, co ważniejsze, pozostali w stanie Kalifornia. Rams z kolei nie dość, że odchodzili w wiadomo jakim stylu, to jeszcze wyprowadzili się niemal na drugi koniec kraju. Na drugim miejscu, za fanami Raiders, uplasowali się fani San Francisco 49ers, czyli innej stanu Kalifornia. Teren dla nowych drużyn nie był więc łatwy.

Drugim problemem był fakt, że stadion Inglewood będzie gotowy dopiero w 2020 roku. Trzeba było znaleźć tymczasowy dom dla obu drużyn. Rams wrócili do starego (choć zmodernizowanego), dobrego Coliseum, a Chargers ostatecznie zagrali w Carson, stając się jednocześnie drużyną ze zdecydowanie najmniejszym stadionem w NFL (około 30 tys. pojemności).

Sezon 2016 miał być testem. Testem, który pokaże potencjał nowych/starych drużyn w Los Angeles. Okazało się, że fanów Rams w LA może nie zostało zbyt wielu, ale głód futbolu jest bardzo duży, bo już w pierwszym meczu na Coliseum zebrało się ponad 90 tysięcy ludzi. Oczywiście, ciekawość i wspomniany głód futbolu miały tu swoje (prawdopodobnie bardzo duże) znaczenie, lecz był to dobry start, trzeba było „tylko” utrzymać fanów przy sobie. Przez cały sezon się to w miarę udawało, mimo że wyniku z pierwszego meczu już nie powtórzono. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że na stadionie Rams, łatwiej niż na innych stadionach NFL można było znaleźć osoby w innych barwach niż miejscowej drużyny. Mimo to test potencjału wypadł pozytywnie, tak na cztery z minusem.Czytaj: potencjał ogromny, ale mógł być problem z jego wykorzystaniem.

A jak go wykorzystać? Przede wszystkim pomóc mu wynikami sportowymi. Pierwszy sezon Rams po powrocie to bilans 4-12, więc musimy przyznać, że nie jest to najlepszy sportowy sposób na zatrzymanie fanów w krzesełkach. Rams podjęli jednak decyzje, które przyniosły efekty w idealnym momencie. Zatrudnili SeanaMcVaya, który odmienił drużynę całkowicie. Zmiana bilansu z 4-12 na 11-5 w ciągu roku zrobiła wrażenie na całej lidze. Wszyscy mówili o nowym trenerze, o nowych, dobrych Rams, co odbiło się też na odbiorze nowej drużyny w LA. Efekt? W pierwszym sezonie frekwencja malała w miarę upływu sezonu, w dodatku pojawiły się wyżej wspomniane barwy innych drużyn. W drugim, a pierwszym w wykonaniu McVaya i spółki, sytuacja była dokładnie odwrotna. Zainteresowanie delikatnie wzrastało, a dobre wyniki pomogły utrzymać wzrok części społeczności LA w stronę starego Coliseum.

To oczywiście duży pozytyw, ale to nie znaczy, że Los Angeles na powrót stało się miastem Rams. To by było za proste. Rams byli jednak na dobrej drodze. Jakie czynniki bowiem uznalibyśmy kluczowe w kwestii „zadomowienia” się drużyny w danym mieście?

– Okoliczności sprowadzenia/historia drużyny – fani Rams mogli się przerzedzić, mogli stracić na rzecz Raiders, mogli mieścić się głównie w starszej części społeczeństwa, ale to mimo wszystko kilkadziesiąt lat historii miasta i mistrzostwo ligi (przed erą Super Bowl, w 1951 roku) –dużo łatwiej (nie znaczy, że łatwo) w takiej sytuacji o cieplejsze przyjęcie drużyny niż np. w takim przypadku jak Chargers;

– sukcesy – w tamtym momencie (po sezonie 2017) ich nie było, jednak można było uznać, że Rams są na dobrej drodze, bo całkowite odwrócenie sytuacji drużyny w ciągu roku to coś, za co każda z gorszych drużyn NFL dałaby się pokroić;

– gwiazdy – prawdopodobnie najlepszy zawodnik ligi bez podziału na pozycje Aaron Donald, topowy biegacz Todd Gurley, rozgrywający JaredGoff, który przeszedł transformację swojej jakości wraz z całą drużyną + wspomniany McVay, który spokojnie może uchodzić za taką gwiazdę i kogoś, za kim fani z chęcią staną, mimo tego, że nie jest zawodnikiem;

Rams po drugim sezonie mniej lub bardziej wypełnili wszystkie te punkty. Dobre podstawy do tworzenia na przyszłość. Nie można było tego zepsuć.

I nie zepsuli. Drużyna poprawiła się jeszcze bardziej, McVay dalej tworzył cuda ze swoim atakiem, a Rams przebili wynik z poprzedniego sezonu. Bilans 13-3 i awans do Super Bowl oraz lider drużyny, JaredGoff, mówiący wprost – „chcemy wygrać Super Bowl dla Los Angeles” to momenty, które według „Guardiana” sprawiły, że na ulicach LA zaczęły pojawiać się czapki, koszulki i co się tylko dało z logiem Rams. Pojawiały się już sezon wcześniej, bo na mieście można było spotkać fanów chodzących na mecze. Co więc w tym takiego istotnego? Fakt, że w sezonie 2018 na ulicach LA można było spotkać fanów nie w rzeczach, które kupili po powrocie drużyny do miasta, a w starych czapkach, starych koszulkach, które zostały wyciągnięte gdzieś z głębi szafy po ponad 20 latach przerwy. Stara miłość nie rdzewieje? Trudno o lepszy futbolowy przykład. Rams Super Bowl przegrali (co ciekawe, wynik był dokładnie taki sam, jak ich bilans, z tą różnicą, że na korzyść New England Patriots), ale mały pierwiastek poczucia posiadania z powrotem własnej drużyny został zaszczepiony w mieszkańcach LA.

Odpowiadając więc na pytanie z tytułu tego tekstu. Czy Rams ponownie zadomowili się w Los Angeles? Tak, wydaje się, że „powrót do domu” to określenie, na które miejscowe społeczeństwo dało już swego rodzaju przyzwolenie. Jednak potrzeba trochę czasu, żeby Rams ponownie stanowili rdzeń miasta, drużynę, z którą miasto mogłoby się całkowicie identyfikować. Trudno bowiem w trzy lata zbudować pozycję, którą wcześniej straciło się po kilkudziesięciu latach budowy. Jest dobrze, jest lepiej, niż wydawało się, że będzie po pierwszym sezonie i wszystko jest na dobrej drodze, by za jakiś bliżej nieokreślony czas Los Angeles powiedziało: „tak, to nasza drużyna”.Metropolia LA zdecydowanie nie należy do najłatwiejszych terenów na takie budowy. Najważniejsze jednak, że udało się wykonać całkiem porządny fundament pod taką konstrukcję.

A o tym, jak trudny jest to teren przekonują się cały czas rywale zza miedzy, czyli Los Angeles Chargers. Powiedzieć, że mają oni słabe wejście do miasta to nie powiedzieć nic. Oczywiście, o nich też mówimy jako o „powrocie” i są do tego podstawy, jednak tylko teoretyczne. To drużyna, która przed 2017 rokiem zagrała jeden, pierwszy sezon w Los Angeles, a pozostałe 55 lat swojego istnienia spędziła w San Diego. O Rams można było mówić „drużyna z LA”, nawet kiedy byli w St.Louis i miało to w jakiś sposób (pokręcony co prawda) podstawy. O Chargers nie powiedziałby tak nikt. Bardzo możliwe, że znaczna część społeczeństwa Los Angeles nawet nie wie, że Chargers kiedykolwiek grali w ich mieście. W dodatku trafili tam z  drugą powracającą drużyną, która miała znacznie większe podstawy do powrotu.

Efekt? Spodziewany. W pierwszym sezonie gry Chargers mieli duże problemy, żeby wyprzedać 30-tysięczny stadion, co jest wynikiem…cóż, powinien się w tym miejscu pojawić jakiś ładny eufemizm, ale zdecydowanie by nie pasował. Jest to po prostu wynik beznadziejny.  Nawet kibice innych drużyn im w tym nie pomogli, mimo że problem z rzucającymi się w oczy innymi barwami na stadionie był nawet większy niż na Coliseum. Spójrzmy jak w tamtym momencie (sezon 2017, w ramach porównania do tego co wyżej) wyglądało wypełnienie tych punktów, o których pisaliśmy w przypadku Rams:

– okoliczności sprowadzenia/historia drużyny – historia żadna, jeśli mówimy o związkach z Los Angeles. Ten inauguracyjny rok 1960 w LA ładnie wyglądał, kiedy mówiono o powrocie, jednak w praktyce nie miał żadnego znaczenia dla odbioru drużyny w nowym/starym mieście. W dodatku Chargers opuszczali miasto, które ich uwielbiało (fani byli zasmuceni, próbowali nawet zbierać pieniądze na nowy stadion, byle tylko Chargers mogli pozostać w San Diego) i przeprowadzali do miasta, które miały do nich stosunek obojętno-negatywny. Artykuły pt. „Nie chcemy was tu”, zastanawianie się, czy Chargers są w ogóle w top 10 drużyn z największą ilością fanów w Los Angeles, buczenie na logo Chargers podczas meczów Lakers czy raporty o tym, że właściciele NFL żałują decyzji o pozwoleniu na przeprowadzkę, ale nie mogą jej cofnąć. To się nie mogło udać. Przynajmniej na krótką metę;

– sukcesy –bilans 9-7 w pierwszym sezonie nie wygląda źle, ale jeśli twój miejscowy konkurent osiąga 11-5 i playoffy…to niewiele to zmienia w kwestii zadomowienia;

– gwiazdy – nie jest źle – Philip Rivers, Keenan Allen, Melvin Gordon (wtedy) + coraz lepsza obrona, jednak w porównaniu do gwiazd (i trenera-gwiazdy) Rams, również to porównanie nie wygląda już tak dobrze.

O ile w początkach Rams wszystko układało się po ich myśli, o tyle w Chargers gorzej być nie mogło. Niechciani w mieście, gorsi od rywala zza miedzy, fani, którzy są nimi kompletnie niezainteresowani. Doszło do tego, że w sezonie 2018 wielu uważało mecz z Chargers na wyjeździe jako mecz neutralny, a nawet domowy, tak jak chociażby w przypadku Kansas City Chiefs, którzy zalali stadion Chargers podczas meczu wyjazdowego. I w ten sposób fani Chargers (choć chyba ci z San Diego) musieli oglądać, jak rywal dywizyjny zdaje się mieć przewagę liczbową na ich własnym stadionie. Poza tym mecze Chargers świeciły pustkami, mimo zapewnień o wyprzedanym stadionie. Można było jednak mówić, że sprzedano wszystkie bilety, ale jeśli w trakcie meczu połowa siedzeń była pusta, to jakakolwiek dyskusja była bezcelowa. Warto zauważyć, że taka sytuacja miała miejsce w sezonie, w którym Chargers trafili do playoffów. Puste siedzenia w drużynie playoffowej, która gra na stadionie za małym na NFL (minimum według zasad to 50 tysięcy miejsc)? Bolesne.

Co powiedzieć więcej? Przed sezonem 2018 strona seatgeek.com postanowiła zrobić swoją projekcję pt. „Gdzie żyją fani NFL?” z dokładnym podziałem nie tylko na stany, ale też części stanów (z ang. „counties”, co można tłumaczyć jako „okręg” lub „hrabstwo”), w związku z tym Kalifornia również została rozebrana na czynniki pierwsze. Oczywiście nie jest to dokładny pomiar, biorąc pod uwagę, że redaktorzy Seatgeek wzięli pod uwagę głównie swoje dane dotyczące kupna biletów itd., które nie do końca oddają pełen obraz fanów w poszczególnych miejscach. Po części pokazują jednak jak rozkłada się zainteresowanie fanów w danych stanach. Według nich w Kalifornii największą liczbę okręgów zajmują fani 49ers, choć pomaga im w tym fakt, że w okolicach San Francisco występuje największe rozdrobnienie owych okręgów (jest ich kilkadziesiąt, podczas gdy LA i okolice to zaledwie kilka bardzo dużych). Niemniej jednak część centralna i północna stanu to dominacja 49ers z małymi przerwami na fanów Raiders w okolicach Oakland. W tym jednak nie ma nic dziwnego. 49ers to marka o bogatej historii, popartej dużymi sukcesami, w dodatku nie miewali takich przebojów z relokacjami, jak inne drużyny stanowe. Co nas interesuje w tym tekście, to jak wygląda to na południu, czyli w Los Angeles i okolicach. A tam wygląda to następująco – LA to ponownie teren Rams. Metropolia LA i jej okolice to miejsce, które ponownie rośnie w siłę w tym względzie. A gdzie w tym wszystkim Chargers? Chargers dominują w jednym okręgu – San Diego. Więcej? Chargers dominują w Kalifornii w takim samym stopniu jak Arizona Cardinals (obie drużyny mają po jednym podobnej wielkości okręgu), którzy nawet z Kalifornii nie są! Znamienny jest również fakt, że sąsiedni stan, Nevada, który w momencie badań nie miał swojego zespołu (będzie miał od 2020, kiedy do Las Vegas przeniosą się Raiders) został podzielony na mniej więcej równe części pomiędzy cztery zespoły. Tak, zgadliście, żaden z tych zespołów nie nazywa się Chargers, są to 3 zespoły z Kalifornii plus wspomniani Cardinals. Wniosek, że Chargers nie powinni się w ogóle ruszać z San Diego jest nazbyt oczywisty.

W związku z tym ponownie odpowiedzmy na pytanie z tytułu tekstu. Czy Chargers zadomowili się w Los Angeles? Nie. Pytanie pomocnicze – czy są na dobrej drodze? Nie, choć są na lepszej drodze, bowiem według informacji z wewnątrz na sezon 2019 zostały sprzedane wszystkie bilety sezonowe na mały stadion w Carson, w czym miały pomóc playoffy w sezonie 2018. Jest to możliwe, aczkolwiek pamiętajmy, że te same informacje mówiły o wyprzedanym stadionie na meczach, na którym znaczna część trybun była po prostu pusta. Czy widać w tym momencie szansę, że Chargers staną się prawdziwą drużyną z LA? Cóż, ujmijmy to tak – większa szansa jest na to, że po prostu wrócą do San Diego.

Dwie drużyny z Los Angeles, dwie drużyny na dwóch różnych biegunach. Jedna jest na dobrej drodze, by za jakiś (niekoniecznie długi) czas być pełnoprawną drużyną z LA, druga powinna żałować, że liga w pierwszej kolejności nie zaproponowała powrotu Raiders. Jedna wejdzie na stadion w Inglewood jak do siebie, przyciągając za sobą społeczeństwo miasta, druga zapewne boi się, jak będą wyglądały pustki z małego stadionu w Carson przeniesione na stadion o pojemności powyżej 70 tysięcy miejsc.

Krótko mówiąc – Rams życzymy szybkiego powrotu do stanu z najlepszego czasu ich istnienia w LA w XX wieku. Chargers życzymy powrotu do San Diego, bo to chyba najrealniejsze z wszystkich pozytywnych życzeń, jakie nam przyjdą do głowy.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: