Skip to content

„Najdroższa Matko” – niedokończona historia Andrew Lucka

To było nieubłagane. Czułem się przytłoczony, zamknięty. Nie mogłem żyć tak jak chcę. To spowodowało, że straciłem moją radość wynikającą z tej gry. Jedyne wyjście jakie widzę, to przestać grać. To niełatwa decyzja. To najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Ale to prawidłowa decyzja – powiedział na konferencji prasowej Andrew Luck, gwiazda NFL ogłaszając decyzję, że już nigdy więcej się na boisku nie pojawi. Co nim kierowało? Jaką był osobą gdy zdejmował futbolowe pady? Zapraszamy na tekst, który przygotował Kuba Machowina.

Kiedy tuż przed startem poprzedniego sezonu Andrew Luck zdecydował się zakończyć karierę, świat – nie tylko NFL – zawodowego sportu w USA był w szoku. Luck powiedział wymowne „I’m in pain”, rezygnując z dalszej kariery. Powodem były oczywiście kontuzje i ból. W świecie muzyki istnieje pojęcie „Klubu 27”, czyli muzyków, którzy z różnych powodów umarli mając 27 lat. Do tego grona należą m.in. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain czy Amy Winehouse.

W świecie NFL śmiało możemy uznać, że istnieje swoisty „Klub 30”. Ale od razu należy wspomnieć, że jego członkowie – na szczęście – nie umarli, a jedynie pokończyli kariery przed 30-tym rokiem życia. Do tego grona należą m.in. Barry Sanders, Jim Brown, Calvin Johnson czy Patrick Willis. A w ostatnim czasie „Klub 30” przyjął w swe szeregi nowych członków, m.in. ikon ligi takie jak Rob Gronkowski, Luke Kuechly, a także nasz bohater, Andrew Luck.

***

„Diabelski inwentarz”

Czyli angielskie „hellish inventory”. Takim właśnie mianem opisano to, przez co przechodził w swojej karierze Andrew Luck. Kiedy wyleczył jedną kontuzję wracał tylko po to, by pograć chwilę i złapać następny uraz. Proces bólu, rehabilitacji, bólu i znów budowania formy, co jakiś czas zaczynał się od nowa, a Luck miał tego dość. Był wypalony fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Kiedy oznajmiał na konferencji prasowej, że kończy z futbolem, mówił:

„To było nieubłagane. Czułem się przytłoczony, zamknięty. Nie mogłem żyć tak jak chcę. To spowodowało, że straciłem moją radość wynikającą z tej gry. Jedyne wyjście jakie widzę, to przestać grać. To niełatwa decyzja. To najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Ale to prawidłowa decyzja”.

Wielu nie rozumiało tej decyzji. News o zakończeniu kariery przez Lucka dostał się w eter w czasie czwartej kwarty przedsezonowego meczu Colts – Bears. Kibice zaczęli mruczeć na trybunach, a kiedy Luck – siedzący na trybunach – schodził do szatni, kibice zaczęli buczeć. Jeśli Andrew miał jakiekolwiek wątpliwości czy kończyć karierę, ta scena pewnie je rozwiała. Oddał kibicom i klubowi całe zdrowie, a ci go wybuczeli za to, że kończy karierę. Idiotyzm. A nadmieńmy, że Luck spędził w NFL siedem lat, wprowadzając swój zespół czterokrotnie do playoffs. Pozostałe trzy lata Colts nie zagrali w post season, bo Andrew leczył urazy. To pokazuje nam prosty mechanizm – kiedy Luck grał, nie zawodził.

Lista urazów Lucka jest tak duża, że można by nią obdzielić kilku innych quarterbacków. Spójrzmy:

– urazy żeber,

– naderwane mięśnie brzuszne,

– rozerwana nerka,

– przynajmniej jeden wstrząs mózgu (jeden oficjalnie),

– zerwany staw w ramieniu, którym rzucał,

– uraz łydki,

– uraz kostki.

Naprawdę nie dziwi fakt, że Luck powiedział „dość”. Zrezygnował z ogromnych pieniędzy, ale zdrowie jest najważniejsze. Andrew odpuścił ponad 60 milionów dolarów, jakie miał zarobić w nadchodzących sezonach. Jak obliczył właściciel Colts, Jim Irsay, jego quarterback kończąc karierę zrezygnował z blisko… pół miliarda dolarów, jakie potencjalnie zarobiłby do końca kariery.

Patrząc na zarobki quarterbacków, ciągle rosnące salary cap oraz niedawno przyjęte nowe CBA („collective bargaining agreement”) możemy tylko gdybać, ile pieniędzy mógłby zarobić Luck. Mając 31 lat skończyłby się jego kontrakt i mógłby podpisać nową umowę, już według obowiązującego nowego CBA. Poza tym 31 lat to jak na quarterbacka wiek juniorski. Drew Brees i Tom Brady potwierdzą.

Oczywiście Andrew Luck z głodu nie umrze – podczas kariery zawodniczej Andrew zarobił ponad 100 milionów dolarów z samej gry, co po odjęciu podatków i prowizji dla agentów spokojnie zostawia mu blisko połowę.

Luck odszedł niespodziewanie. Przed sezonem 2019/20 nękały go tajemnicze urazy kostki i łydki, przez co nie mógł trenować z drużyną i m.in. grać w meczach przedsezonowych jak ten z Bears, kiedy wyciekła wiadomość o jego zakończeniu kariery. Sezon 2018/19 był jednak w wykonaniu Andrew niesamowity – zaliczył 4593 jardy podaniowe, rzucił 39 TDs, był w czołówce kandydatów to tytułu MVP, który ostatecznie zgarnął Mahomes.

Andrew wrócił wtedy do gry tuż przed początkiem kampanii 2018/19, nikt nie wiedział w jakiej będzie formie. Colts zaczęli sezon fatalnie, od bilansu 1-5, ale w ostatnich 10 meczach zaliczyli aż 9 (!) zwycięstw i weszli do playoffs. Andrew znów błyszczał i poprowadził ekipę z Indianapolis do drugiej rundy, czyli Divisional Playoffs, a sam został laureatem nagrody Comeback Player of the Year. Nie wiedzieliśmy wtedy jednak, że to koniec jego kariery.

***

Zmarnowany talent pokoleniowy

Wspomnianych Kuechly’ego, Gronkowskiego oraz Lucka łączy nie tylko to, że skończyli grać przed 30-tką. Cała trójka była talentami czystej wody, nazywanymi „generational talents”. Kuechly był quarterbackiem defensywy, synonimem idealnego linebackera. „Gronk” był z kolei prototypem idealnego tight enda, drugiego takiego długo nie zobaczymy. Luck z kolei miał – oprócz zdrowia, jak później się okazało – wszystko, by wywrócić do góry nogami hierarchię w NFL i zrobić z ligi swoje własne podwórko do zabawy w futbol.

W sezonie 2011/12 QB Colts, legendarny Peyton Manning nie grał z powodu kontuzji. Zespół z Indianapolis zaliczył katastrofalny bilans 2-14 i w „nagrodę” dostał 1. numer Draftu. Manahement Colts stanął przed arcytrudnym zadaniem – pozostać przy Manningu czy wybrać w Drafcie Andrew Lucka, uznawanego za jeden z najlepszych prospectów w historii. Pokusa zmiany pokoleniowej i przegapienie takiego talentu było zbyt silne, więc drużyna z Indianapolis nie przedłużyła umowy z Peytonem Manningiem i postawiono na Lucka.

Andrew szybko wrósł w organizację i grał naprawdę rewelacyjnie. Może nie okazał się aż takim zbawcą jakiego oczekiwano, ale miał wszystko, by stało się tak w przyszłości. W pierwszych trzech sezonach prowadzeni przez niego Colts uzyskiwali identyczny bilans (11-5) i wchodzili do playoffs. Za każdym razem dalej – w 2012/13 Wild Card Game, w 2013/14 Divisional Playoffs, w 2014/15 Conference Championship Game (przegrana z Patriots). W tym czasie Luck miał ledwie 26 lat, cały sportowy świat stał przed nim.

Jednak następne trzy sezony to walka z urazami, zwłaszcza z kontuzją ramienia, która ciągnęła się jeszcze od 2015 roku, a która spowodowała, że Andrew opuścił cały sezon 2017/18. Rehabilitacja nie przynosiła skutku, zawodnik latał na konsultacje do Europy, potrzebny był ponowny zabieg. Już wtedy wielu zastanawiało się kiedy – i czy w ogóle – Andrew wróci do gry. Ostatecznie wrócił, ale tylko na jeden sezon (2018/19), po którym zakończył karierę.

Wielu zadaje sobie to samo pytanie – czy tej sportowej tragedii można było uniknąć? Kto ponosi winę za tak smutny koniec kariery jednego z najbardziej utalentowanych quarterbacków w historii? Wielu wskazuje tego samego winowajcę – management Colts, między innymi generalnego menedżera Colts w latach 2012-16, Ryana Grigsona. Dodatkowym czynnikiem był odważny styl gry Lucka, który przyjmował na siebie wiele ciosów przeciwników.

To jednak można jeszcze spróbować opanować, zapewniając Andrew solidną linię ofensywną. Ale takowej Luck długo nie dostał, co skończyło się kontuzjami. W swoim debiutanckim sezonie Andrew został „zsackowany” 41 razy, tyle samo raz w sezonie 2016, a już wtedy grał z kontuzją ramienia. Słaba OL i zbyt duża ilość przyjmowanych ciosów spowodowała, że opuścił sezon 2017/18. Grigson i management Colts przez lata nie potrafili ochronić swojego quarterbacka, a jak się to skończyło, sami wiemy.

Wspomniana kampania 2018/19 pokazała za to, co Andrew potrafi, jeśli ma solidne wsparcie. Colts zbudowali wtedy bardzo dobrą OL na czele z sensacyjnym rookie (1st Team All Pro) Quentonem Nelsonem, do tego trener Frank Reich opracował system, według którego Andrew podawał piłkę najszybciej jak to było możliwe, nie narażając się na spięcia z przeciwnikami. Rezultat? Zaledwie 18 sacków na Andrew, który zaliczył jeden z najlepszych sezonów w życiu.

Jak pokazało jednak życie, wszystko to stało się kilka lat za późno. To tak jak nie chodzić całe życie do dentysty, a później lecieć jak już jest za późno, by uratować chory ząb.

***

Dearest Mother”

Luck nie tylko był talentem pokoleniowym na boisku, ale może przede wszystkim tym, co zaskarbiło mu sympatię fanów.. niesamowita osobowość. Jak celnie wskazywało wielu ludzi związanych z Andrew, „był on futbolistą, ale to nie utbol go definiował”. Były już QB Colts wykraczał daleko poza schemat zwykłego sportowca. Wiadomo nie od dziś, że pasją Andrew jest historia oraz architektura.

Były QB Colts ukończył studia na uniwersytecie Stanford na kierunku „Design Architektury”, uwielbia czytać książki fantasy i chciałby… zostać nauczycielem. Spytany kiedyś co będzie robił po zakończeniu kariery, Andrew odpowiedział, że „byłby szczęśliwy ucząc historii”. Poza tym mówił o sobie w podobnym tonie, jak jego znajomi:

„Kocham być futbolistą, ale to nie moja tożsamość. Nigdy nią nie była”.

Wszyscy pamiętamy też wpisy z Twittera, gdzie ktoś podszywał się pod Andrew, opisując jego życie jako życie Capt. Andrew Luck, uczestnika wojny secesyjnej. Wszystkie wpisy były w domyśle listami do matki z pola walki i zaczynały się zawsze od słów „Dearest Mother”, czyli „Najdroższa Matko”.

Autor (jego tożsamość do dzisiaj pozostała nieznana) używał w niej specyficznego języka angielskiego, jakim posługiwano się w tamtej epoce, co tylko świadczy o jego fantazji, wiedzy, intelekcie, humorze oraz zdolnościach artystycznych. Tak, nie bójmy się tego tak nazwać – wpisy Capt. Andrew Lucka na Twitterze to były prawdziwe dzieła sztuki. Zwłaszcza pożegnalny list, tuż po zakończeniu kariery. Niejednemu sympatykowi NFL napłynęła do oka łza, gdy czytał pożegnanie Capt. Andrew Lucka.

Sam Andrew bardzo polubił te wpisy i mówił skromnie: „Nie jestem aż tak bystry, by samemu to napisać, ale wpisy są super (…) Cieszę się, że ludziom się podobają, może dzięki nim internet będzie bardziej przyjaznym miejscem”.

Dziennikarze starali się dojść kim jest autor tweetów, wymienili z nim/nią kilka wiadomości. To na pewno ktoś, kto grał w futbol jako dziecko, nie jest z Indianapolis i wpadł na pomysł utworzenia konta, oglądając zdjęcia sportowców przerobione i umiejscowione w różnych okresach historycznych. Jedno z nich przedstawiało Lucka jako żołnierza wojny secesyjnej. I tak powstał pomysł listów.

Autor z początku rozsyłał je tylko znajomym, ale po tym, jak jeden z nich zasugerował, że można to wrzucić na Twttera, założył konto. Reszta – jak to się mówi – jest historią. Wielu zastanawiało się kto jest autorem, sugerowano nawet, że to robota sztabu PR-owców Lucka i Colts. Połączenie futbolu i historii? Przecież Andrew Luck mówił, że po zakończeniu kariery chce zostać… nauczycielem historii. Przypadek?

Na pewno Luck jest za to autorem strony „Andrew Luck’s Book Club”, gdzie dzieli się z czytelnikami swoją miłością do czytania oraz stworzył platformę do wymiany myśli oraz opinii na temat różnych książek. Dlatego właśnie tęsknimy za Luckiem – ilu innych sportowców znacie, którzy tworzą internetowe kluby książki?

***

Niedokończony biznes

Kiedy Andrew skończył karierę, dziennikarz Doug Gottlieb napisał na Twitterze:

„Skończyć karierę, bo rehabilitowanie się jest zbyt ciężkie? To najbardziej „millenialsowe” co słyszałem!”.

Luck był bardzo lubiany w lidze i ta oczywiście wzięła jego stronę, krytykując dziennikarza za wpis, wspierając za to byłego quarterbacka Colts. Od tego czasu minęło ponad pół roku, a Andrew… zniknął. Nie udziela się w telewizji czy w mediach, wiedzie spokojne życie. Ma małą córeczkę, skupia się na życiu rodzinnym. Głos zabrał za to w lutym jego ojciec Oliver Luck, czyli komisarz ligi XFL:

„Mój syn to jeden z tych millenialsów, którzy nie używają social media”

Spytany, czy jego syn zamierza wrócić do NFL, Olivier Luck mówił z kolei:

„Nie, dziękuję, że Pan pyta. On jest w tej chwili Panem mamą. Jego dziecko ma trzy miesiące, Andrew jest teraz często babysitterką”.

W innym z wywiadów Luck senior mówił z kolei: „Andrew ma się świetnie. Cieszy się życiem. Jest zdrowy i bardzo szczęśliwy. Nadal mieszka w Indianapolis, czuje bardzo silną więź, zarówno z miastem, jak i z drużyną Colts”.

Fani – nie tylko w Indianapolis – często zadają sobie pytanie: czy Luck kiedykolwiek wróci?

Jakiś czas temu głos w tej sprawie zabrał Jim Irsay, właściciel drużyny. W długim wywiadzie mówił m.in.:

„Andrew to mój przyjaciel i tęsknię za nim. Uwielbiałem zwycięstwa z nim jako QB, uwielbiałem jego radość w szatni. Nie mogę jednak mówić niczego w kontekście „czy on wróci czy nie”. Tego nie wiem, nie pytałem go (…) Myślę, że Colts będą mieli wspaniałą dekadę, a Andrew wspaniałe życie. Czy obie te rzeczy się spotkają? To bardzo prawdopodobne, a zarazem mało prawdopodobne (…) Zobaczymy co się stanie, ale musimy zakładać, że on nigdy nie wróci. Ale jeśli to zrobi, decyzja będzie prosta”.

W sezonie 2020/21 podstawowym quarterbackiem Colts będzie Phillip Rivers, który podpisał jednoroczny kontrakt wart 25 milionów dolarów. Rivers to opcja krótkoterminowa i ryzykowna, ponieważ nie wiadomo czy 38-letni QB nawiąże do swoich lat chwały. Co póżniej?

To pokaże przyszłość, ale gdyby jakimś cudem Andrew Luck wrócił, byłaby to wspaniała historia nie tylko w wymiarze sportowym, ale po prostu czysto ludzkim. Gdy Luck skończył karierę, tajemniczy autor twitterowego konta Capt. Andrew Luck także zakończył „wojenne zmagania”. Nie możemy się zatem doczekać, by kiedyś ponownie wejść na Twittera i przeczytać:

„Dearest Mother….”.

Autor: Kuba Machowina

Źródło zdjęcia: nfl. com

Leave a Reply

%d bloggers like this: