Skip to content

Podsumowanie sezonu – część 6 NFC NORTH

Po najbardziej medialnej (przynajmniej w USA) dywizji NFC (EAST), przyszedł czas na NFC NORTH. Jaki był to sezon dla Detroit Lions, Green Bay Packers, Minnesota Vikings i Chicago Bears? Zapraszamy do podsumowania Igora Białeckiego. Przy Vikings, swoją opinią podzielił się również oddany ekipie z Minnesoty Michał Gutka. 

*****

Jeśli chcielibyście dołączyć do #TeamNFLPolska i nas wesprzeć na serwisie Patronite, szczegóły znajdziecie na https://patronite.pl/nflpolska.com

lub klikając przycisk -> Wspieraj Autora na Patronite

Z góry bardzo serdecznie dziękujemy! Dzięki temu wsparciu możemy funkcjonować i się rozwijać.

**

Zachęcamy też do najnowszego odcinka podcastu historycznego, który poświęcony jest NFL Scouting Combine.

*****

NFC NORTH

DETROIT LIONS (12-5)

Cele na sezon 2023: jak najdłuższa gra w play offach

Wynik: odpadnięcie w NFC Championship game

Ten sezon na pewno na długo zostanie w głowach kibiców Lions. Najlepszy sezon od 1991 roku, pierwsza wygrana w play offach od 1992, dzięki czemu nie są już organizacją, która najdłużej nie potrafiła wygrać meczu w post seasonie. Lions przede wszystkim byli drużyną. Owszem, indywidualnie zawodnicy imponowali jak np. Amon St. Brown czy Jahmyr Gibbs. Świetny sezon zaliczył też Jared Goff, który może nie grał na poziomie MVP, ale pokazał, że dalej jest rozgrywającym, który może drużynę zaprowadzić naprawdę daleko. Do tego jedna z najlepszych linii ofensywnych w NFL z najlepszym liniowym w składzie – Penei Sewellem. Solą w oku Lions pozostaje jednak dalej ofensywa, gdzie jedynym jaśniejszym punktem był Aidan Hutchinson i w porywach debiutant Brian Branch. Jednak to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie sztab na czele na Danem Campbellem nie zmienił całkowicie kultury Lions, która kojarzyła się głównie z wiecznym przegrywaniem i lawirowaniem między byciem po prostu słabym, a byciem przeciętnym. Były wcześniej w Detroit pojedyncze talenty, które się wyróżniały jak Matthew Stafford, Barry Sanders czy Calvin Johnson, ale żaden z nich nie miał tak dobrze zbudowanej i zbalansowanej drużyny, jak tegoroczni Lions. Przez sezon zasadniczy przeszli jak burza kończąc z pięcioma porażkami (chociaż tak naprawdę powinni tylko z czterema). W pierwszej rundzie trafili na Los Angeles Rams, czyli pojedynek dwóch rozgrywających ze swoimi byłymi drużynami i mimo tego, że Lions praktycznie cały czas kontrolowali spotkanie, to zakończyło się skromnym, jednopunktowym zwycięstwem i gdyby Sean McVay grał bardziej agresywnie w red zone, wówczas wynik mógł być zgoła inny. Tampa Bay Buccaneers tanio skóry nie sprzedali i rzeczywiście postawili się Lions na na Ford Field, które całe spotkanie wrzało atmosferą, jaką kibice urządzili na trybunach. Spotkanie rozstrzygnęło się po przechwycie Derricka Barnesa i awans do NFC Championship Game okazał się faktem. Jednak tutaj wyzwanie było dużo cięższe, bo nie dość, że nie grali już u siebie, to jeszcze z najsilniejszą drużyną NFC – San Francisco 49ers. Bukmacherzy byli zgodni co do wygranej gospodarzy, ale Lions zaczęli z wysokiego C i błyskawicznie zdobyli przyłożenie, a Jameson Williams ośmieszył defensywę Niners. Lions niczym bokser wyprowadzało kolejne ciosy i nim skończyła się pierwsza połowa, prowadzili sensacyjnie 24-7. Ale w pewnym momencie coś zaczęło się sypać. Pierwszą oznaką tego była czwarta próba, której Lions nie przeszli na 28 jardzie na połowie przeciwnika przy prowadzeniu 24-10. W takiej sytuacji można było spokojnie kopać, aby jeszcze bardziej powiększyć i tak bezpieczną przewagę. Rozumiem, że Campbell chciał dobić 49ers przyłożeniem, ale w play offach zuchwalstwo nie jest wskazane, dopóki nie przegrywasz wysoko, o czym parę lat wcześniej przekonał się rywal Campbella z drugiej strony boiska – Kyle Shanahan. Tymczasem Niners sprzyjało szczęście i wykorzystywali dary od losu w postaci fumble Gibbsa dosłownie przed własnym polem punktowym czy ten catch Brandona Aiyuka, który na zawsze zapisze się w historii NFL:

Lions totalnie się załamali. Doszła jeszcze jedna czwarta próba, której nie przeszli (tutaj akurat kicker musiałby trafić z ponad 50 jardów, więc Lions musieli to grać) i kontakt złapali dopiero w 4 kwarcie, ale było za późno. Nawet gdyby Lions odzyskali onside kicka pod koniec, to bardzo prawdopodobne, że “to by nic nie dało”. Mimo zajścia tak daleko, kibicom oraz samym zawodnikom i trenerom może zostać niedosyt, w końcu organizacja była najbliżej wielkiego finału od 1957 roku (co ciekawe, wówczas w półfinale Lions również podejmowali 49ers i wynik do przerwy również wynosił 24-7, tyle że Lions tamto spotkanie wygrali, by potem sięgnąć po mistrzostwo NFL). Grunt to nie złapać kaca po takim sukcesie, ani się tym nie zamartwiać, bo z takich meczów trzeba wyciągnąć wnioski, ale nie rozpamiętywać ich. Bo ileż to było takich przypadków, że drużyny, które przegrały w finale konferencji miały wrócić silniejsze za rok, a potem się totalnie rozsypały? Na szczęście dla Lions na razie nie zapowiada się na taki upadek. Z cap spacem na poziomie 58 mln dolarów można spokojnie myśleć o wzmocnieniach i zatrzymaniu ważniejszych zawodników. którym kończą się kontrakty, w tym S C. J. Gardner-Johnson (albo Ceedy Duce, jak kto woli), G Halapoulivaati Vaitai oraz G Jonah Jacksonowi. Wzmocnienia powinny przede wszystkim objąć defensywę, zarówno pass rush, jak i secondary. Oczywiście pozostaje jeszcze draft, a w zeszłym roku Lions pokazali, że potrafią wybierać, co zobaczyliśmy na własne oczy oglądając Jahymra Gibbsa, Sama LaPortę czy Briana Brancha. Jednak największe wzmocnienie dla Lions nastąpiło praktycznie od razu po przegranym spotkaniu z 49ers. Koordynator ofensywy – Ben Johnson – ogłosił, że zostaje na następny sezon w Detroit. Jest to o tyle znaczące, że Johnson był najgorętszym nazwiskiem wśród wszystkich kandydatów do objęcia roli head coacha w lidze, a takie oświadczenie jednego z najlepszych  ofensywnych umysłów w NFL daje wyraźny sygnał reszcie stawki – Detroit idzie po mistrza.

GREEN BAY PACKERS (9-8)

Cele na sezon 2023: okres przejściowy i odmłodzenie kadry

Wynik: zostanie czarnym koniem sezonu

Rodgers z wozu, Packers lżej. Ten sezon udowodnił, że przyszły członek Hall of Fame, mimo swojego statusu, umiejętności i ogólnych zasług dla klubu, hamował w ostatnich latach jego rozwój. Konflikty z członkami sztabu i kolegami z drużyny, faworyzowanie swoich kolegów kosztem młodych zawodników, szalone teorie i opowieści snute przez rozgrywającego w czasie pandemii, a przede wszystkim wielkie ego i uparty charakter sprawiły, że Rodgers musiał odejść. Oczywiście pewnie by do tego nie doszło, gdyby Packers nie mieli pewnego zabezpieczenia. Jordan Love niczym ogórki na półce w piwnicy czekał, kisił się cały ten czas od 2020 roku, kiedy został wydraftowany, by w końcu się okazało, że jest jeszcze lepszy niż przed ukiszeniem. Love mimo 25 lat na karku zagrał tak naprawdę swój debiutancki sezon jako starter. Historia miłości między Packers, a nowym rozgrywającym miała jednak trudne i wyboiste początki. W pierwszym tygodniu Packers dopełnili tradycji i klasycznie pokonali Chicago Bears, następnie przyszła minimalna porażka z Falcons, by w trzecim tygodniu Love poprowadził Packers do comebacku z New Orleans Saints. Nastał jednak cięższy okres Packer, którzy przegrali cztery następne mecze, w tym dwa w dywizji, a sam Love raczej nie prezentował się z najlepszej możliwej strony. Jednak z czasem drużyna at zaczęła pokazywać swój ofensywny potencjał i doprowadzili do trzech niespodzianek z rzędu pokonując kolejno Chargers, Lions oraz Chiefs, by pod koniec sezonu po dwóch porażkach z Buccaneers i Giants, odnieść dwa decydujące zwycięstwa nad Vikings i ponownie nad Bears, gdzie rzutem na taśmę awansowali do play offów. A tam już byli skazywani na pożarcie z Cowboys. Co się wydarzyło w Arlington opisałem nieco wcześniej, więc tylko wspomnę, że Packers dosłownie ośmieszyli Cowboys przed ich własną publicznością. Jednak magia przyjaźni ma swoje limity i nie starczyło jej na następne spotkanie z faworyzowanymi 49ers, chociaż ekipa z San Francisco może mówić o sporym szczęściu i może dziękować kickerowi Packers za sprezentowanie awansu do finału konferencji. Drużyna z Green Bay niemalże od razu po zakończeniu swojego udziału w dalszych rozgrywkach dokonała ważnego ruchu w sztabie zwalniając koordynatora defensywy Joe Burry’ego, na którego całkiem słusznie spadała od dłuższego czasu krytyka za słabą postawę drużyny w defensywie oraz słaby rozwój zawodników w tej formacji. Zastąpił go Jeff Hafley  dotychczas pełniący funckcję head coacha Boston College. Na ile to dobra zmiana? – czas pokaże. Możliwe, że o zatrudnieniu trenera z uczelni zdecydowało jego doświadczenie w pracy nad młodymi zawodnikami, bo tych w Green Bay nie brakuje. Brak im natomiast oszlifowania, a prawie każdy z nich wygląda bardzo ciekawie. W oczy rzucają się CB Carrington Valentine, DL Karl Brooks oraz LB Lukas Van Ness. Wśród zawodników z nieco większym doświadczeniem niż debiutanci wyróżnili się T. J. Slaton, Darnell Savage oraz Devonte Wyatt. Natomiast największe pochwały w stanie Wisconsin zebrała ofensywa prowadzona przez head coacha Matta LaFleura. Poza oczywiście Jordanem Love’em nie zawodziło obu weteranów biegaczy AJ Dillon oraz Aaron Jones. Korpus recevierów jest najmłodszym w lidze, gdzie dwóch najstarszych – Bo Melton i Christian Watson – mają po 24 lata. Jednak najbardziej spośród tego grona wyróżniają się Romeo Doubs, Jayden Reed, Dontayvion Wick oraz wspomniany Christian Watson. Co warte podkreślenia – żaden z nich nie został wybrany z czołówce draftu (czytaj: pierwszej rundzie). Watson i Reed – 2 runda, Doubs – 4 runda, Wicks – 5 runda. Z taką głębią na tej pozycji Packers mogą eksperymentować, bo każdy z nich to jednak inny typ skrzydłowego, co czyni ich bardzo nieprzewidywalnymi, a zatem groźnymi. Warto też zwrócić uwagę na duet debiutantów tigh endów – Tuckera Krafta oraz Luke’a Musgrave’a. Kraft jest dobrym uzupełnieniem dla linii ofensywnej, natomiast większe problemy sprawiają mu sytuację, w których musi atakować, natomiast Musgrave jest w zasadzie dodatkowym skrzydłowym świetnie popisując się szybkością oraz umiejętnością łapania piłki. Packers mimo młodego składu mają dość skromny limit płacowy jednak sztab i gabinet w Green już w tym roku i w poprzednich latach pokazali, że potrafią wyciągać dobrych i solidnych zawodników z dalszych rund draftu. Packers wygrywają nawet w czasie planowanej przebudowy, co oznacza, że w przyszłym roku będą jeszcze groźniejsi niż w tym.

MINNESOTA VIKINGS (7-10)

Cele na sezon 2023: walka o play offy

Wynik: brak awansu przez kontuzje kluczowych graczy

W Minneapolis panowały umiarkowanie optymistyczne nastroje, bo w końcu od znienawidzonych Packers odszedł równie znienawidzony Aaron Rodgers, jednocześnie w NFC North pojawiła się nowa siła w postaci Detroit Lions prowadzonych przez Dana Campbella. Mimo wszystko liczono, że z Kirkiem Cousinsem za sterami i z takim wsparciem jakie ma w grze podaniowej oraz z defensywą pod wodzą Briana Floresa można spokojnie walczyć o miejsce w dzikich kartach. W week 1 wydarzyła się niespodzianka, bo Wikingowie na własnym terenie zostali pokonani przez Bakera Mayfielda i Bukanierów (brzmi jak pokręcony scenariusz althistory). To można jeszcze przeboleć, bo w pierwszym tygodniu zdarza się dużo takich niespodzianek, a i jak czas, pokazał Buccaneers okazali się nie tacy słabi na jakich wielu ich malowało, ale o tym później. Kalendarz Vikings na początek sezonu ogólnie nie wyglądał przyjemnie, bo poza Buccaneers w pierwszych pięciu kolejkach mierzyli się z na wyjeździe z Eagles i Panthers, a u siebie z Chargers i Chiefs. Jak łatwo się domyślić wygrali tylko z Panthers, ale warto podkreślić, że w resztę spotkań przegrali różnicą zaledwie jednego posiadania. Bilans był w rzeczywistości gorszy niż gra. Jednak drakkar z Minnesoty wypłynął z burzliwego i niespokojnego początku sezonu, chociaż nie obyło się bez uszczerbków, bo w meczu z Chiefs kontuzji doznał Justin Jefferson, a to zaledwie początek problemów zdrowotnych Vikings. Najpierw zwycięstwo z Bears na dodanie skrzydeł, a potem sensacyjna wygrana z rozpędzonymi 49ers i wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ale… Nadszedł mecz z Packers i zerwania ścięgna Achillesa doznaje Kirk Cousins. I tu zaczyna się cała karuzela rozgrywających jaka towarzyszyła Vikings przez cały sezon. Najpierw wchodzi rookie Jaren Hall… który już w następnym spotkaniu doznaje wstrząsu mózgu i musi zejść z boiska. I wtedy wchodzi on – Mr. Worldwide NFL, Joshua Dobbs i prowadzi Vikings najpierw do zwycięstwa z Falcons, a potem w świetnym (niestety) stylu rozprawia się z Saints. Historia Dobbsa była jednak równie piękna, co i krótka, bo o ile jeszcze w przegranym spotkaniu z Broncos nie zagrał tragicznie i ciężko go winić za porażkę, tak tydzień później przegrana z Bears 10-12, po tym jak rzucił 4 przechwyty całkowicie go obciąża. Następnie w “ekscytującym” meczu z Raiders grał tak źle, że z ławki wszedł za niego Nick Mullens. Niewiele brakowało, a mielibyśmy pierwszy od 1943 roku mecz, który w regulaminowym czasie zakończył się wynikiem 0-0. Skończyło się jednak 3-0 dla Vikings, co było najniższym wynikiem w NFL od 2007 roku i spotkania Pittsburgh Steelers z Miami Dolphins. Było to jednocześnie ostatnie zwycięstwo Wikingów do końca sezonu, a i tak praktycznie do przedostatniej kolejki mieli szansę na awans do post seasonu, kiedy to w noc Sylwestrową zostali pokonani na własnym terenie przez Packers Jordana Love’a i spółki. A po drodze kontuzji doznał również TE T. J. Hockenson, który przeszedł już operację i dochodzi do siebie. Z dużą pewnością można stwierdzić, że gdyby nie szpital jaki panował w Minneapolis, wówczas Vikings biliby się z Packers na bardziej wyrównanym poziomie o wejście do play offów. Łatwo się domyślić, że ofensywa bez Cousinsa, Jeffersona i z fatalną grą biegową niewiele potrafiła zdziałać. co innego defensywa, w której brak co prawda wielkich nazwisk, ale pod ręką Briana Floresa wyglądała całkiem przyzwoicie. Jednak trzeba zaznaczyć, że defensywa Vikings to jedna z najczęściej bliztujących formacji w NFL, a to oznacza zwykle braki zespołu na tyłach i tak też jest w przypadku Vikings, którzy w przerwie między sezonami powinni skupić się na uzupełnieniu secondary. Jednak może to nie być łatwe, ponieważ Minnesota w wolnej agenturze będzie dysponować tylko 24,9 mln dolarów, a tu trzeba jeszcze zatrzymać niektórych zawodników z obecnego składu, którym kończą się umowy. A w tym gronie są nie byle zawodnicy, bo są to m. in. Kirk Cousins i Danielle Hunter (mocno niedoceniany defensor w tym sezonie), którym solidna wypłata będzie należała. Mimo iż Cousins jest wskazywany jako najlepszy wolny agent spośród QB, to uważam, że Kirk zostanie w Minneapolis na co najmniej jeszcze jeden sezon i znów podejmą próbę zaatakowania play offów. Z Hunterem może być różnie – zależy ile będzie chciał sam zainteresowany i czy w ogóle będzie dalej chciał grać dla Vikings czy spróbuje swoich sił gdzieś, gdzie ma większe szanse na zajście gdzieś dalej. Kołem ratunkowym Wikingów może się okazać draft, w którym mogą uzupełnić potrzebne braki, a jak pokazały ostatnie lata, Vikings potrafią dobrze wybierać. W tym roku udało się chociażby z Jordanem Addisonem, a do defensywy jako UDFA trafił Ivan Pace Jr., którego kariera może nabrać rozpędu. Priorytetem w Minneapolis powinno być wzmocnienie secondary oraz (być może przede wszystkim) linii ofensywnej, która to zawodzi kolejny rok. Jednak z tak małym cap spacem i skromnym kapitałem draftowym niewiele można zdziałać. Następny sezon będzie prawdopodobnie przedostatnim, jeśli nie ostatnim przed przebudową, która to zaczyna zaglądać Vikings w oczy.

Poprzedni sezon w Vikings uświadomił chyba nawet największym krytykom Kirka Cousinsa, jak dużą wartością dla drużyny ten rozgrywający jednak jest. Sam nie należę do przesadnych zwolenników Kapitana Kirka, bo wielokrotnie w karierze miał już dobre statystyki czy trwające po kilka kolejek serie, gdy prezentował się jak QB z absolutnej ligowej czołówki, a później zawodził w decydujących momentach, jednak pod jego nieobecność dużo spraw wymknęło się spod kontroli. Dwa tygodnie magii Josha Dobbsa i Nick Mullens rzucający wprawdzie po 400 jardów i 3 TD, ale do tego notujący po 3-4 straty to było zbyt mało, by godnie zastąpić Cousinsa. Do tego wszystkiego doszła kontuzja Justina Jeffersona, przez którą stracił niemal pół sezonu (a i tak przebił barierę 1000 jardów!), fatalna gra biegowa i sami słyszycie, że nie brzmi to jak przepis na udany sezon.

Z plusów, na pewno praca Briana Floresa. Jeszcze jeden podobny sezon, a być może ten trener wróci na radary w kontekście pozycji head coacha w jakiejś innej drużyny. Defensywa Vikings z sezonu 2022 należała do najsłabszych w NFL, a w 2023 była już powyżej ligowej średniej, głównie za sprawą agresywnych schematów blitzowania i wyciskania talentu z zawodników nieoczywistych. Więcej obronie dali anonimowi wcześniej safety Josh Matellus czy niewydraftowany linebacker Ivan Pace Jr. niż wolni agenci pokroju Marcusa Davenporta czy Byrona Murphy’ego.

Przed nadchodzącym sezonem największa zagadka dotyczy tego, czy Kirk Cousins, który jest wolnym agentem, wróci do Minnesoty. To również wpływać może na decyzję Jeffersona, z który powinien dostać najwyższą umowę dla skrzydłowego w historii NFL. W obronie szykuje się przebudowa front seven. Dopiero po wykonaniu tych ruchów będzie można stwierdzić, o co tak naprawdę Vikings grają w przyszłości. W drużynie równie dobrze może dojść do rewolucji, jak i do próby kontynuacji z dotychczasowymi liderami – Michał Gutka

CHICAGO BEARS (7-10)

Cele na sezon 2023: walka o jak najlepszy wynik

Wynik: brak awansu do play offów, ale stoją przed wielką szansą

 To się nazywa mieć komfort – posiadać przyzwoitego rozgrywającego, a jednocześnie mieć szansę wybrać jeszcze lepszego. Można śmiało powiedzieć, że Niedźwiadki “wygrały” wymianę z Panthers. Dla przypomnienia – Panthers w zamian za prawo wybrania z jedynką Bryce’a Younga w zeszłorocznym drafcie oddali do Chicago dwie pierwsze rundy (za 2023 i 2024 rok), D. J. Moore’a i parę picków z dalszych rund. Panthers okazali się najgorszą drużyną sezonu 2023, więc normalnie oni by wybierali jako pierwsi, ale pick ten należy do Bears. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że do Chicago zawita ktoś z dwójki Caleb Williams/Drake Maye (chociaż więcej wskazuje na tego pierwszego), a Wietrzne Miasto opuści wybrany przez nich w 2021 roku Justin Fields. Co prawda liczni kibice Bears manifestują swoje poparcie dla Fieldsa i chcą żeby został. Wpływ mogą mieć na to jego dobre występy w końcówce sezonu, ale takiej stabilności nie był w stanie zapewnić przez resztę sezonu, gdzie grał mocno w kratkę. A kiedy stoisz przed niepowtarzalną szansą żeby wybrać pokoleniowy talent, do całkiem nieźle obudowanej drużyny, to takiej szansy nie możesz zmarnować. Z resztą Bears w niedalekiej przeszłości popełnili błąd, który kosztował ich naprawdę dużo (na ciebie patrzę Mitchu Trubisky).

Ale futbol to biznes, tutaj (zwykle) nie ma miejsca na sentymenty i przywiązanie i jeśli coś jest potencjalnie bardziej opłacalne , to organizacja raczej na pewno pójdzie w tym kierunku. I tak będzie w sytuacji Fieldsa, który – nie ma co już się zapierać – zetknął się ze szklanym sufitem i pewnego poziomu nie przeskoczy. Czy dalej będzie starterem w NFL? Tak, ale nie w Bears. Jak już któryś z rookie QB trafi do Chicago to cóż, będzie dość solidnie obudowany. Bears mają solidną linię ofensywną, która w tym sezonie dość mocno ułatwiała Fieldsowi zadanie i zwykle miał dużo czasu na akcję. Wśród receiverów ma D. J. Moore’a, TE Cole’a Kmeta, czy Darnella Mooneya (w którego dalej wierzę, że odpali), więc jednak przydałoby się, aby Bears ściągnęli jeszcze jednego dobrego WR-a i wtedy będzie można mówić o bardzo dobrym wsparciu dla nowego rozgrywającego. Natomiast defensywa Bears przeszła trochę niesłusznie niezauważona, ponieważ po zmianie koordynatora w trakcie sezonu zaczęła grać zdecydowanie lepiej – szczególnie secondary, w której błyszczał duet linebackerów T. J. Edwards – Tremaine Edmunds oraz dwójka DB Jaylon Johnson i rookie Tyrique Stevenson (którego niestety pomijałem w Rookie Watch, co z bólem serca przyznaje). Mimo, że Bears mają miejsce w capie na ponad 78 mln dolarów, to jednak paru ważnym zawodnikom kończą się kontrakty. Są to RB D’Onta Foreman oraz wspomniany Jaylon Johnson i szczerze, zdziwiłbym, się gdyby Bears nie dali kontraktu obu, bo to że przedłużą Johnsona jest pewne, ale Foreman był motorem napędowym w grze biegowej Bears. Jedyne co w całej tej układance może siać wątpliwości, to sztab szkoleniowy z Mattem Eberflusem na czele. Bears zaczęli sezon od pięciu porażek i wszystko wskazywało, że Eberflus jako pierwszy w sezonie 2023 wyląduje na trenerskiej karuzeli, ostatecznie jednak wyratował się i od zwycięstwa z Commanders przegrali tylko 5 spotkań, po drodze sprawiając parę – mogłoby się wtedy wydawać – niespodzianek pokonując Raiders, czy gromiąc Lions i Falcons. Ale z dzisiejszej perspektywy te spotkania nie jawią się jako przypadek, a raczej proces jaki przeszła drużyna z Wietrznego Miasta. Chociaż nie ulega wątpliwości, że byli drugą zaraz obok Panthers najgorszą drużyną początku sezonu i przewidywano, że Bears będą mieli dwa wybory w top 3 draftu. Co prawda drużyna w drugiej części sezonu wyglądała lepiej, ale mimo wszystko miałbym ograniczone zaufanie do Eberflusa. Drużynę opuścił koordynator ofensywy Luke Getsy, który odpowiadał za dużo lepszą skuteczność ataku, a teraz ma rozmowy m. in. w New England Patriots. Zastąpi go Shane Waldron, który w tym sezonie był koordynatorem ofensywy Seattle Seahawks i ciężko tutaj zachować optymizm, patrząc jak ograniczona była ofensywa Seahawks mimo dużej ilości talentu. Natomiast nowym koordynatorem będzie Eric Washington, dotychczasowy trener linii defensywnej w Bills i ten ruch już mogę pochwalić. Patrząc na całokształt Bears po tym sezonie i to jak mogą wyglądać w przyszłości, można zachować umiarkowany optymizm, pod warunkiem, że nowy rookie QB nie okaże się bustem.

Autor: Igor Białecki

Mamy też swoją, dedykowaną grupę na facebooku. Zapraszamy do dołączenia. 

https://www.facebook.com/groups/464888500937826/

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z NFLPolska

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej