Sandersowie: „Powiedzcie Deionowi, że to nie tylko biznes…”
Najnowsza historia NFL zna kilka ogonów próbujących merdać psem, a najsławniejszym tego przykładem jest nie kto inny jak sam naczelny wolnomyśliciel ligi, Aaron Rodgers. Do tego niesławnego grona bardzo chcieli dołączyć Shadeur Sanders oraz jego ojciec Deion, skończyło się jednak, jak sami wiemy. Ale po kolei. Zapraszamy na felieton Kuby Machowiny.
****
Jeśli chcielibyście dołączyć do #TeamNFLPolska i nas wesprzeć na serwisie Patronite, szczegóły znajdziecie na https://patronite.pl/nflpolska.com
Z góry bardzo serdecznie dziękujemy! Dzięki temu wsparciu możemy funkcjonować i się rozwijać.
*****
Obserwując off-season oraz Draft, dochodzi się do wniosku, że co by się nie działo to i tak cały świat NFL żył dwoma tematami. Pierwszym z nich był kolejny odcinek dramy pod przydługim tytułem „Gdzie w nowym sezonie zagra Aaron Rodgers i czy w ogóle jeszcze zagra i czy chociaż wyjdzie ze swojej samotni i łaskawie oznajmi – oczywiście w swoim tempie – światu, co zamierza zrobić?”
I nie zrozumcie mnie źle – pomimo jego dziwactw, całej tej momentami dziecinnej fanaberii i zachowywaniu się jak diva – uwielbiam Aarona, bo to genialny zawodnik, a jego współpraca na boisku z Davante Adamsem, dawała mi oraz pewnie wielu kibicom dużo radości. Obserwując ich wspólną grę miałem wrażenie, że są zsynchronizowani jak kiedyś John Stockton oraz Karl Malone w NBA.
Drugim tematem dominującym obecny off-season był oczywiście Draft, a w czasie jego trwania oraz zaraz po nim temat : Dlaczego Shadeur Sanders tak bardzo spadł w naborze i zamiast być wybranym w pierwszej trójce, a przynajmniej w pierwszej rundzie, został „zesłany” do Cleveland z numerem 144?
Teorii jest kilka, ale tą najpopularniejszą jest ta, że ogon za bardzo chciał merdać psem, a to jest niewybaczalne, jeśli jesteś jedynie dobrym (tylko dobrym?) quarterbackiem starającym się dostać do ligi. A tym właśnie jest (póki co) Sanders.
Ok, jeśli nazywasz się Aaron Rodgers i jesteś czterokrotnym MVP ligi to możesz sobie urządzać teatr i decydować, gdzie chcesz grać (chociaż mogę sobie jedynie wyobrazić, jak bardzo Rodgersa nie znoszą menedżerowie drużyn), bo zasłużyłeś na to, bo jesteś żywą legendą tej ligi i uosobieniem zagrania „Hail Mary”.
Jeśli natomiast stoi za Tobą jedynie, póki co, bardzo dobra kariera w lidze uniwersyteckiej, a do tego prowadzi Cię oraz nieustannie łazi za Tobą ojciec megaloman, to nie masz prawa dyktować warunków i narzucać narracji, gdzie byś chciał grać, a gdzie nie. Menedżerowie drużyn modelowo wręcz ukarali oraz upokorzyli Shadeura Sandersa, nie wybierając go w pierwszych rundach Draftu. Ale czy słusznie? Czy ta sprawa jest tak prosta, jak się z pozoru wydaje? Czy może ma jakieś inne dno? Popatrzmy na kilka teorii.
***
„Prime Time”
Dla tych z Was, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z NFL i nazwisko Deion Sanders niewiele Wam mówi, proponuję po prostu odpalić youtube i wpisać nazwisko Sandersa i oglądnąć jego highlightsy. Sanders uważany jest za najwybitniejszego (lub jednego z) cornerbacka w historii ligi, jego nazwisko widnieje na wszystkich zestawieniach najlepszych graczy w historii, przeważnie otwierając grono graczy z jego pozycji (CB).
Sanders był genialnym cornerbackiem, do tego genialnym kick oraz punt returnerem, dodatkowo grywał okazjonalnie jako wide receiver. Jego styl gry był tak efektowny, że nadano mu pseudonim „Prime Time”. Czy może być lepsza nobilitacja dla zawodnika niż taka ksywa? Śmiem wątpić. Nazywano go także „Neon Deion”.
Deion był jednak showmanem nie tylko na boisku, ale także poza nim. Można go było lubić lub nie, kochać lub nienawidzić, ale nie można mu było odmówić jednak genialnej gry plus tego, że potrafił robić show. Przecież w końcu mówimy o gościu, którego pseudonim to „Prime Time”! A to już wiele mówi samo w sobie.
Sanders kochał prowokować, popisywać się na boisku i poza nim. Do historii przeszły jego returny, przechwyty i touchdowny, kończone charakterystycznym podnoszeniem wysoko kolan. Poza boiskiem nosił loczki w stylu młodego Michaela Jacksona, kupę biżuterii, skórzane kurtki, kreszowe dresy i ogromne okulary przeciwsłoneczne. Mentalnością bliżej mu było do gwiazd MTV, aniżeli wielu prostych futbolistów z Kentucky czy Wisconsin.
Deion kochał gadać, na boisku nie zamykała mu się buzia. Stał się wzorem dla wielu przyszłych futbolistów, kochających nie tylko jego styl gry, ale też mody. Jalen Ramsey, pytany kiedyś o styl Sandersa, odpowiedział następująco:
„Jestem trochę uprzedzony do innych stylów ponieważ uwielbiam Dwyane’a Wade’a. Ale oczywiście kocham także Deiona Sandersa! Jego styl był dość odblaskowy i jaskrawy, ale podążał za trendami mody”.
Zresztą nie wypada nie wspomnieć kultowego powiedzenia Deiona Sandersa, który tłumaczył jak wygląd wpływa na stan portfela. Wybaczcie brak tłumaczenia, ale po polsku nie brzmi to już tak dobrze:
„You look good, You feel good. You feel good, You play good. You play good, they pay good”.
Sława Deiona Sandersa wykroczyła jednak daleko poza świat sportowy. Po zakończeniu kariery sportowej stał się cenionym ekspertem futbolowym oraz – ależ niespodzianka – telewizyjnym showmanem. Słynął z jaskrawych wypowiedzi, uwielbiał mówić to co myśli, a także popisywać się, ferując wyroki zawsze w tym samym stylu – wszechwiedzącego kaznodziei Deiona, mającego wytłumaczenie oraz własne, nieomylne zdanie na każdy temat oraz każdą osobę.
Takie podejście oczywiście polaryzowało ludzi. Jedni uważali go niemalże mędrca, inni za bufona, którego ego jest na wysokości orbity okołoziemskiej. I prawda leżała pewnie gdzieś pośrodku, ale Sanders wkroczył na jeszcze inny poziom. W jaki sposób? Oczywiście gdy został trenerem.
***
Obwoźny cyrk Sandersów
Tak szczerze to właściwie nadal nie wiem co sądzić o Sandersie. Genialny gracz, kolorowy komentator telewizyjny, ale także megaloman, ekscentryk oraz egocentryk. Gdy został trenerem w szkole średniej, początki były ciężkie, ale się wyrobił. W 2017 roku pracując w Trinity Christian High School, zaczął trenować swoich synów Shilo oraz Shedeura, a także najstarszego Deiona Jr. To właśnie tam zaczął się rodzić kult wielkiego Deiona.
W 2020 roku papa Sanders objął Jackson State University, należący do grupy uczelni zwanych HBCU. Co to oznacza? To akronim od nazwy Historically Black Colleges and Univeristies, czuli grupy uczelni dawniej przeznaczonych wyłącznie dla Afromaerykanów, ulokowanych przeważnie w stanach południowych. Oczywiście w 1964 roku ustawa o prawach obywatelskich (Civil Rights Act of 1964) zniosła segregację rasową, ale doskonale wiemy, że w praktyce wyglądało to inaczej, zwłaszcza w tych stanach, które słynęły niegdyś z niewolnictwa, lub były historycznie „białe”.
Co ciekawe, szkoły należące do HBCU to były także uczelnie o mniejszej renomie sportowej, ulokowane przeważnie w niższych ligach. Jackson State University także gra w „drugiej” lidze NCAA, a dokładniej w Division I Football Championship Subdivision (FCS), w konferencji SWAC. Szkoła raczej mało atrakcyjna dla przyszłych graczy NFL, nieprawdaż? Do czasu. Objęcie uczelni przez kogoś tak sławnego jak „Prime Time”, a raczej teraz już „Coach Prime”, „przywróciło szkoły HBCU na sportową mapę Ameryki”, a gracze nagle zechcieli grać dla Sandersa.
Najlepszym tego przykładem był oczywiście Travis Hunter, który w 2022 roku dołączył do Jackson State i to pomimo faktu, że wcześniej zadeklarował, że zagra we Florida State, czyli alma mater… Deiona Sandersa. Dlaczego zmienił zdanie? Cóż, magia „Prime Time’a”. Za Hunterem zapragnęli iść inni. A Sanders? Często płacił za posiłki oraz wynajem obiektów treningowych z własnej kieszeni. Dla wielu ludzi z rejonu uczelni stał się niemalże postacią biblijną, jakimś zbawcą.
W grudniu roku 2022 Deion opuścił jednak JSU i został trenerem Colorado. To oczywiście w hierarchii uniwersyteckiej półka wyżej, a Sanders odmienił tam cały program futbolowy. Nie odbyło się to jednak bez kontrowersji. Po przyjściu „Coach Prime’a” drużynę opuściło, a raczej zostało z niej skreślonych aż.. 46 graczy, a w ich miejsce przyszło 50. W tym oczywiście Travis Hunter oraz synowie Sandersa.
W pierwszym roku Colorado zanotowało rezultat 4-8, ale rok później już 9-3. Hunter wygrał nagrodę Heismana (przyznawaną co roku najlepszemu zawodnikowi uniwersyteckiemu w kraju), a Shadeur Sanders był ósmy w głosowaniu. Obaj zgłosili się do Draftu, a „Coach Prime” podpisał z uczelnią nowy, pięcioletni kontrakt na 54 miliony dolarów. Pełen sukces.
Progres drużyny Colorado oraz całego programu futbolowego tej uczelni jest widoczny gołym okiem, ale mimo wszystko łatwiej jest zastąpić słabszych graczy lepszymi, nieprawdaż? Trzeba też jednak oddać papie Sandersowi to, że nazwiska nie grają i musiał jednak ulepić tę drużynę tak, by zaczęła w końcu wygrywać. Zrobił to jednak w swoim stylu – w stylu MTV.
Na kampusie drużynie (i oczywiście samemu Sandersowi) nieustannie towarzyszyły kamery, kręcono serial dokumentalny dla Amazona, o wymownym tytule „Coach Prime”. I nie, nie trwał on jedynie jednego sezonu, a aż trzy. I szykuje się następny serial dokumentalny o Deionie, tym razem dla Netfliksa. Taki blichtr i rozgłos podoba się zawodnikom, którzy lubią być na świeczniku. Do Deiona Sandersa gracze lgną jak muchy do miodu. Trener zapewnia im solidny warsztat, dużą ekspozycję w mediach i jest po prostu „swój”, czyli jest Afroamerykaninem, czującym klimat większości swoich zawodników. Sam przecież taki był.
***
Złoty Chłopiec?
Wracając do życia rodziny Sandersów – wygląda to niemalże tak samo, jak inne reality show w stylu Kardashianów, chociaż tutaj oczywiście podszyte futbolem, ale dram nie brakuje. Deion Sanders pokazuje, że wszystko można zmonetyzować. I tutaj należy się nad tym pochylić – czy trener Sanders jest beznadziejnym ojcem, narażającym swoje dzieci na nieustanne zainteresowanie mediów oraz psującym swoje pociechy, w dodatku z ogromnym parciem na szkło i budowanie swojej marki? A może jest jednak genialnym biznesmenem oraz ojcem roku, dbającym o kariery swoich pociech jak tylko może? Prawda leży pewnie gdzieś po środku.
Jeśli Twój ojciec jest milionerem, celebrytą oraz legendą sportu to nie można oczekiwać, że dzieci Sandersa to będą skromne chłopaki, bojące się własnego cienia. Od dziecka mieli wszystko co chcieli, a każdy spełniał ich zachcianki. Dostali do tego genialne geny i trzeba ich też szanować za to, że chcieli zostać sportowcami. Mogli przecież jedynie partycypować w rodzinnym biznesie, wożąc się na nazwisku ojca.
Złośliwi porównują Sandersów do sławnej koszykarskiej rodziny Ballów, gdzie ojciec Lavar Ball od małego sterował karierą swoich trzech synów, wpychając ich do NBA i gdzie tylko się da. Trzeba jednak przyznać, że chłopaki rzeczywiście umieją grać, może oprócz jednego 🙂 Tutaj także było reality show, własna linia butów i miliard dram. Tyle, że synowie Lonzo oraz LaMelo Ball sportowo się zwyczajnie obronili. A Sandersowie?
25-letni już Shilo Sandeurs nie został w ogóle wybrany w Drafcie, dołączył jednak do Tampy jako wolny zawodnik. Nie oszukujmy się, jeśli utrzyma się w lidze to będzie to jednak duży sukces. A Shadeur? Ten dla odmiany ma za sobą o wiele lepszą karierę uniwersytecką niż brat, a w większości „mock draftów” przewidywano, że zostanie wybrany już na początku Draftu, a najdalej pod koniec pierwszej rundy lub na początku drugiej. Dlaczego zatem stało się inaczej? Tutaj sprawa wydaje się bardziej złożona, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
Bardzo ciekawą teorię miał Kyle Brandt, współprowadzący popularny program „Good Morning Football”. Zaraz po Drafcie stwierdził on, że po prostu „wszyscy lubią Sandersa jako gracza, ale nikt go nie kocha”. I że nie ma żadnego drugiego dna, a to media oraz rodzina Sandersów skutecznie pompowali bańkę przed Draftem, kreując Shadeura na złote dziecko futbolu. Czy zwyczajnie przeceniono talent i możliwości chłopaka? Może menedżerowie drużyn wiedzieli swoje i nie dali się nabrać na tę błazenadę? Czy tak było? Nie do końca.
Shadeur Sanders to bardzo dobry rozgrywający. Może żaden z niego pokoleniowy talent, ale moim skromnym zdaniem obstawiam, że zrobi karierę w NFL. Jest świetnym pocket passerem, niektórzy porównywali go nawet do Joe Burrowa. Co zatem zgubiło chłopaka? To, że od zawsze grał dla ojca, że był uprzywilejowany oraz „aura” rodziny Sandersów. Nie pomogła też buta Shadeura, pewność siebie jego ojca i roszczeniowe podejście do całej sprawy. Deion Sanders w wywiadach opowiadał bzdury, gdzie to jego syn będzie grał, a gdzie nie chcą, by grał. Tak, jakby to oni wybierali drużynę, a nie drużyna zawodnika w Drafcie.
Młody Sanders opowiadał, jaki to nie będzie „legendarny” (to jego ulubione powiedzenie), a zamiast pojechać na Draft, urządził wielkie przyjęcie w domu, oczywiście z kamerami. Tym większe było zdziwienie, gdy wybrano go dopiero ze 144. numerem w Drafcie. Nie trzecim, jak przewidywano, a ze 144. Szkoła życia. Co ciekawe, tak późny wybór Shadeura w Drafcie skrytykował nawet prezydent USA Donald Trump, pytając na X czy „właściciele zespołów są głupi?”, nie wybierając tak zdolnego gościa. Chwalił także jego ojca, Deiona Sandersa.
Tymczasem jeden z anonimowych asystentów trenera w NFL w taki oto sposób podsumował młodego Sandersa:
„Przyjmuje na siebie niepotrzebne sacki. Nigdy nie rzuca w odpowiednim czasie. Ma fatalną mowę ciała. Obwinia o niepowodzenia kolegów. Ale najważniejsze jest, że po prostu nie jest dobry”.
Ten sam anonimowy trener nazwał go „uprzywilejowanym”, z racji pozycji ojca i całej otoczki. Niektórzy z kolei nazwali Sandersa wręcz popularnym dziś bardzo mianem „nepo baby”, czyli dzieckiem, które odnosi sukcesy jedynie z powodu nepotyzmu. Do legendy przeszła także przed draftowa rozmowa Shadeura z klubem New York Giants, gdzie młody rozgrywający miał być kompletnie nieprzygotowany z zagrywek, a kiedy go skrytykowano, miał się denerwować i fatalnie reagować. Wywiad ten nazwano ponoć „najgorszym w historii Draftu”.
Inny z działaczy NFL, tym razem z innego już klubu, powtórzył te słowa, oczywiście także anonimowo:
„U nas nie poszło dobrze. On (Shadeur Sanders) chce dyktować swoje warunki i robić to, co najlepsze dla niego. Sprawia, że czujesz się mały”
Czy chcielibyście wybrać w drafcie takiego zawodnika? Bo ja nie. Co ciekawe, historia rozmów przed draftem z New York Giants ma w rodzinie Sandersów bogatą tradycję. W 1989 roku Deion odmówił wykonania jednego z testów przed naborem dla Giants, miał ponoć spytać oficjeli klubu: „Z którym numerem wybieracie”? Gdy dowiedział się, że Giants mają 10. pick draftu, odparł jedynie „Nie dzięki. W czasie, gdy będziecie wybierać, mnie już tam dawno nie będzie”.
I miał rację, bo wybrano go z 5. numerem w drafcie roku 1989. Niedaleko pada zatem jabłko od jabłoni. Inne z anonimowych źródeł mówiły także o Shadeurze Sandersie jako o „aroganckim”, „niezainteresowanym” i „nieprofesjonalnym”. Znacie to skądś? Przecież „arogancki” pasuje jak ulał do jego ojca.
Czy Shadeur jest – lub będzie – tak dobrym zawodnikiem jak ojciec? Na razie nic na to nie wskazuje, pozycja na boisku jest też inna. Deion był jednak talentem wybitnym, syn mimo wszystko nie. Czy ma za to szansę zostać dobrym rozgrywającym w lidze? Absolutnie, jeśli tylko zmieni nastawienie i będzie bardziej pokorny. Bo w NFL nikt nie chce zawodnika, który będzie dyktował warunki i kreował się na gwiazdę, którą nie jest. Jak śledzę NFL to chyba nie pamiętam, by liga tak okrutnie kogoś potraktowała podczas draftu, wręcz przeżuła i wypluła.
***
Wnioski i domysły
Gdyby nie popisy ojca, ale także samego Shadeura, chłopak zostałby oczywiście wybrany o wiele szybciej, bez dwóch zdań. Gdyby uznawano go też za niesamowity talent, to przypuszczam, że wybrano by go wcześniej tak czy owak, niezależnie od całej reszty. Może nie na początku, ale na końcu pierwszej rundy Draftu. A tak chłopak sobie zwyczajnie nie pomógł. Ojciec mu nie pomógł tym bardziej. Czasem milczenie jest złotem, a bogaci właściciele drużyn nie lubią, jak ogon próbuje kręcić psem.
Przy okazji całej sprawy niektórzy eksperci próbowali z kolei grać kartą „rasową”, wskazując na fakt, że „jeśli czarnoskóry jest dumny i pewny swojej wartości, to bogaci biali zaraz pokażą mu jego miejsce”. Czy jest w tym ziarnko prawdy? NFL to przede wszystkim biznes, ale czyżby…?
Może wszyscy znawcy mogli się pomylić, a Shadeur Sanders zostanie drugim Tomem Brady’m? A może jednak mieli rację i chłopak jest zwyczajnie słaby? Czas pokaże. Może jednak jest dużym talentem w oczach skautów i nastąpiła jakaś zmowa, by utrzeć nosa jemu i ojcu, nie wybierając go wysoko w Drafcie? Nic nie jest pewne, a teorii wiele.
Pewne jest natomiast jedno – już nigdy nie dowiemy się całej prawdy, dlaczego Shadeur został tak nisko wybrany w Drafcie. Bo nawet, jeśli skauci i menedżerowie nie widzą go jako genialnego gracza, to z całą pewnością był lepszy od większości tych, którzy zostali wybrani przed nim w Drafcie. Cała sytuacja jest zwyczajnie troszkę nielogiczna.
W „Ojcu Chrzestnym” jest taka scena, kiedy nakryty na zdradzie Tessio (grany przez genialnego Abe’a Vigodę) wiedząc, że zaraz umrze i nic już go nie uratuje, mówi: „Powiedzcie Michaelowi (Corleone), że to tylko biznes, nic osobistego”. W przypadku Shadeura oraz Deiona Sandersa zdaje się być zupełnie odwrotnie i parafrazując te słowa można napisać, że liga wysłała im jasny sygnał i powiedziała następująco:
„Pamiętajcie, że to nie tylko biznes, a coś bardzo osobistego”.
A może jednak kwestie rasowe dorzuciły swoje pięć groszy? Dla nas, Polaków, brzmi to może abstrakcyjnie, ale w USA kwestie rasowe są nadal nieustająco palące i nawet jeśli wszechobecna poprawność polityczna nie pozwoli przedstawić w telewizji pełnej narracji, można samemu połączyć kropki.
Ci z Was, którzy pamiętają moje teksty wiedzą, że uwielbiam filmowe metafory i przyszła mi do głowy jeszcze jedna, też z gangsterskiego filmu. W „American Gangster” jest taka fajna scena, gdy jeden z włoskich mafiosów mówi do Franka Lucasa (granego przez Denzela Washingtona) coś w stylu:
„Oni się Ciebie boją, bo reprezentujesz coś, czego nie znają. Reprezentujesz postęp”
Deiona Sandersa można lubić lub nie, ale trzeba powiedzieć też jasno jedną rzecz. Pomimo wielu niepodważalnych wad, reprezentuje on czarnoskórą społeczność i pewien postęp, bo nieczęsto trener Afroamerykanin ma aż taką władzę, pozycję oraz charyzmę, a to pociąga za sobą tłumy i zaburza nieco pewną hierarchię, narzuconą przez w większości białych oraz bogatych właścicieli stojących za sukcesem NFL oraz większości uczelni.
Deion Sanders jest obecnie dużo większy niż uczelnia, którą trenuje oraz większy niż ludzie, z którymi ma do czynienia. I wielu się to nie podoba. Stoją za nim jego sława, charyzma, telewizja oraz rzeczy, które robi dla społeczności Afroamerykanów. A że robi to z właściwą sobie arogancją oraz specyficznym stylem nieomylnego i nie znoszącego sprzeciwu kaznodziei? To dodatkowo i podwójnie drażni wiele osób wokół. Dla jednych jest on postacią kultu oraz uosobieniem czarnoskórego sukcesu, dla innych jedynie butnym pozerem. Dla kogo jest kim sami sobie doskonale potraficie odpowiedzieć.
Tak jak napisałem jednak wcześniej nie chcę grać kartą rasową oraz snuć teorii spiskowych, to jedynie zabawa w przypuszczenia i domysły i być może kwestie rasowe nie mają tu absolutnie żadnego znaczenia. Pewne jest natomiast jedno – NFL ma pewien problem z Deionem Sandersem oraz jego synem.
Wydaje mi się, że gdyby wybrany z numerem pierwszym w Drafcie Cam Ward nazywał się Cam Sanders, to nie poszedłby z tą jedynką. A jeśli z kolei Shadeur Sanders nazywałby się Ward, zostałby wybrany o wiele szybciej w naborze NFL, aniżeli ze 144. numerem.
Spadek młodziana w Drafcie miał nie tylko wymiar medialno-wizerunkowy, ale oczywiście też materialny. Wybrany z numerem pierwszym Cam Ward, za cztery lata zarobi 48.7 miliona dolarów, a młody Sanders zamiast kilkudziesięciu, przytuli „jedynie” 4.6 miliona dolarów, płatne także w cztery lata. Abstrahując od tego czy to dużo jest czy mało, to w chwili pisania tego tekstu nowy QB Cleveland podpisał oficjalnie czteroletnią umowę z klubem. Czyli zostaje w lidze, a o pierwszy skład będzie walczył z wybranym w trzeciej rundzie Dillonem Gabrielem oraz weteranem Joe Flacco. Niesamowicie ciekawi mnie, który z nich zostanie podstawowym quarterbackiem Browns.
Niech za zdanie spinające klamrą cały ten tekst niech świadczy fakt, że po Drafcie starszy z braci Sanders, czyli Shilo… zwolnił swojego ojca Deiona jako własnego agenta. Shilo podczas naboru w ogóle nie został wybrany i krótko po Drafcie podpisał on umowę z prominentnym, znanym w całej lidze agentem, Drew Rosenhausem. Ostatecznie Shilo Sanders trafił do Tampy, jak wspomniałem już wcześniej.
Myśląc o Sandersach przychodzi mi do głowy takie znane, polskie powiedzenie, pasujące tutaj jak ulał:
„Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”
Autor: Kuba Machowina
***
Na koniec przypominamy, że mamy swoją dedykowaną grupę na facebooku. Jeśli tam jeszcze nie jesteście, zapraszamy do dołączenia.
Categories