Skip to content

25 lat minęło jak jeden dzień!

Buffalo Bills znów zostali mistrzami AFC East! Zapraszamy z tej okazji na świąteczną rozmowę z fanem drużyny Maciejem Szczeklikiem, który bardzo dobrze pamięta ostatnie dywizyjne mistrzostwo. To, które miało miejsce ćwierć wieku temu. Wywiad przeprowadził Jakub Ciurkot (prywatnie Maciej jest jego wujkiem).

Jakub Ciurkot: Skąd wzięła się twoja miłość do Buffalo Bills i od jak dawna ona trwa?

Maciej Szczeklik: Wzięła się od wyjazdu z rodziną do USA w 1994 roku. Wyjechaliśmy do rodziny, która pochodziła z Buffalo, więc  – że tak powiem – rozpoczęło się to tak naturalnie. Oglądaliśmy wspólnie spotkania. A wcześniej, podczas pierwszego pobytu mojego ojca w Stanach, był on świadkiem pierwszego Super Bowl. Wiadomo, nie oglądał go na stadionie, tylko w telewizji, ale – że tak powiem – przywiózł tę grę ze sobą. Od czasu do czasu pamiętam, że oglądaliśmy jeszcze NFL gdzieś w TV na satelicie, bo zdarzały się tam czasami rywalizacje m.in. Bills, ale to bardzo rzadko.  Pierwszy mój Super Bowl, który oglądałem, to ten z 1993 roku. Gdy Bills przegrali z Dallas Cowboys wysoko 17:52. Natomiast następny – czyli czwarty ich kolejny – oglądaliśmy już w Stanach, dwa dni po moim przyjeździe do USA. I znów była porażka z Dallas Cowboys 13:30. Od tego czasu zainteresowałem się tym sportem i tą drużyną na dobre.

Można powiedzieć, że dzięki rodzinie pokochałem Bills i ten sport. Jak nie było transmisji w telewizji, jeździliśmy razem do baru. Bills miało swój bar na Florydzie, nieopodal miejsca gdzie mieszkaliśmy, w tzw. Nickel City. W wieku szesnastu lat jeździłem tam dwie, czy nawet trzy godziny przed meczem, by zając sobie miejsce do oglądania. Bardzo miło wspominam też m.in. skrzydełka Buffalo. Były niesamowite! Tak to wszystko się zaczęło.

JC: Jak wspominasz rok 1995, rok w którym po raz ostatni Bills wygrali dywizję AFC East?

MSz: Ten rok 95′ o tyle wspominam, że po czterech z rzędu Super Bowl, w 94′ Buffalo nie awansowało do playoffs (mieli bodajże bilans 7-9). I w 95′  – po kilku wzmocnieniach – odbili tę dywizję, wygrali ją mając rekord 10:6 i w pierwszym meczu PO rozbili Miami Dolphins bardzo wysoko. Zresztą ten mecz bardzo dobrze pamiętam , bo później przegrali w Pittsburghu. Na ten wynik duży wpływ miały jednak kontuzje, przez co kilku podstawowych zawodników Bills nie mogło zagrać. Fajnie tę drużynę się oglądało. Po kilku wzmocnieniach, w szczególności podobał mi się  jeden zawodnik – Bryce Paup, który wraz z Brucem Smithem siał postrach na boisku. Ten pierwszy został wybrany  nawet najlepszym zawodnikiem defensywnym NFL w 1995 roku.

JC: 25 lat wyczekiwania to szmat czasu. Czy miałeś chwilę zwątpienia? Bolał fakt, że do Bills przykleiła się łatka pośmiewiska ligi?

MSz: Wiesz co… nie powiem, że mnie to jakoś bolało, bo przez chwilę był taki okres jak wróciłem do Polski, że około 2000 roku nie było tak łatwo śledzić rywalizacje w NFL. Nie było też m.in. takiego dostępu do internetu. Trochę ten kontakt z futbolem w części się urwał i w jakimś sensie go straciłem. Chociaż wyniki śledziłem, to było niewiele okazji, by oglądać spotkania. Jednak od 2006 roku, gdy w sieci można było znaleźć transmisje, już oglądałem Bills regularnie. Ale wracając do pytania, czy bolała? W jakimś sensie tak. Wcześniej kibice przyzwyczaili się do wyższego poziomu. No, ale taki jest sport.

JC: Myślałeś porzucić drużynę dla innej?

MSz: Nie, nigdy nie było takich myśli, ani chęci. Od samego początku była ta jedna drużyna i jej kibicuję.

JC: Jaki był najgorszy moment podczas przygody z Bills?

MSz: Myślę, że najgorszy moment to wyczekiwanie na playoffy tyle lat. Ciężko mi sobie wyobrazić inny taki moment. Było kilka szans niewykorzystanych, m.in. w 2004, gdzie wystarczyło wygrać jedynie z rezerwami Pittsburgha. Ale się nie udało (Bills zakończyli sezon z bilansem 9-7, w ostatnim spotkaniu o playoffy przegrali 24:29 z Pittsburgh Steelers – przyp. red.). Fakt długiego wyczekiwania na PO był najgorszy.

JC: Kiedy miałeś największe nadzieje na przełom?

MSz: Wtedy gdy  QB był Ryan Fitzpatrick. Bills rozpoczęli bodajże od 3-0, z widokami na kolejne zwycięstwa (sezon 2011 ekipa z Buffalo rozpoczęła od 3-0, a zakończyła 6-10 – przyp. red.). Wygrali u siebie z Patriots, po dość fajnym meczu, gdzie na początku przechwycili Toma Brady’ego chyba z cztery razy.  Wszystko tak „apetycznie” się rozpoczęło. Zapowiadało się na przełom, ale później Bills przegrali kilka spotkań z rzędu i poszło…

JC: Kiedy nastąpiło największe rozczarowanie?

MSz: Myślę, że największym rozczarowaniem jest to, że mimo tych czterech podejść do Super Bowl, nie udało się chociaż jednego wygrać. Gdzie większość ekspertów uważała, że była to – mimo porażek w SB – mimo wszystko najlepsza drużyna początku lat 90. Ale zawsze czegoś w tym finale brakowało. W szczególności w pamięci został ten pierwszy, gdy w ostatnich sekundach kopacz Buffalo nie trafił za trzy oczka, a tylko tego wtedy było potrzeba do tytułu.

JC: Obecny sezon Bills mogą zaliczyć do udanych. Nadzieje są duże. Czy ekipa z Buffalo jest w stanie namieszać w PO?

MSz: Z pewnością jest w stanie namieszać. Uważam, że doświadczenie z poprzedniego roku będzie miało też teraz duży wpływ (w zeszłym sezonie Buffalo odpadło w pierwszej rundzie PO przegrywając „wygrany mecz” 19:22, po dogrywce, z Houston Texans – przyp. red.). Druga rzecz, że będą mieć – co najmniej – jeden mecz u siebie, a niewiele jest drużyn, które potrafią wygrać mecz w Buffalo w styczniu. Ze względu m.in. na pogodę. Do tego oczywiście dochodzi siła drużyny, która jest teraz bardzo mocna. Ale też myślę, że o wyniku w styczniu będzie decydować układ PO i to jak one się ułożą w drabince. Śledząc losy drużyny od lat, wiem że niektóre ekipy zespołowi z Buffalo leżą bardziej niż inne.

JC: Czy Bills z 2020 roku są lepszą drużyną od tej z 1995?

MSz: Nie da się tego porównać. Gra na przestrzeni tych 25 lat bardzo się zmieniła. Myślę, że tamta drużyna miała w swoich szeregach kilku Hall of Fame playerów. Mam nadzieję, że z obecnej do HoF również kilku dołączy. Ale wtedy więcej się biegało, były inne przepisy. Sam Jim Kelly (legendarny QB Buffalo Bills – przyp. red.) wspominał, że w obecnym okresie, gdy normą jest rzucanie po 30, 40 razy w ciągu spotkania, on rzucał 20-25. Ciężko sobie wyobrazić ile przyłożeń miałby teraz na swoim koncie. Obecnie są też przepisy m.in. chroniące QB, których wtedy nie było. Defensywie było można o wiele więcej. To inny futbol.

Bez wątpienia – jakbym miał jednak porównać fakty – myślę, że tamta drużyna była bardziej obyta w bojach.

JC: Na koniec jestem ciekawy jak odbierałeś mecze Bills w Kanadzie (Bills grali jeden mecz w każdym sezonie w Toronto w latach 2008-2013)?

MSz: To wiązało się ze stratą jednego meczu u siebie. Było podyktowane tym, że Buffalo leży blisko granicy z Kanadą, a tam jest wielu  kibiców Bills. Otwarto się w ich stronę. Zakładano popularyzację Bills w Kanadzie. I chociaż po latach uważam, że idea była… powiedzmy zrozumiała, to myślę, że żadnych korzyści z tego długofalowo nie wyniknęło. Wyniki w Toronto nie zachwycały. Bills rozegrali sześć spotkań, z czego tylko jedno wygrali. To był też taki głupi okres dla całej organizacji. Nie było jasności czy Bills zostaną w Buffalo. Słyszało się nieoficjalnie, że Bills chcą przenieść się właśnie do Kanady. I podsumowując, nie byłem zadowolony z tego eksperymentu.

JC: Dziękuję za rozmowę! 

MSz: Również dziękuję.

Let’s go Buffalo! 

Ps. Chciałbym z tego miejsca jeszcze raz podziękować mojemu wujkowi Maćkowi za rozmowę i fakt, że to właśnie dzięki niemu pokochałem Buffalo Bills oraz futbol amerykański!

 

Autor: Jakub Ciurkot

Grafika: Dominik Wójcik

Leave a Reply

%d bloggers like this: