Skip to content

Don Shula: Mr. Perfect

Jeśli wybuchnie bomba atomowa, to ostaną się jedynie dwie rzeczy: sztuczna murawa oraz szczęka Dona Shuli – mówił Bubba Smith, były gracz NFL, a później aktor (znany m.in. z roli Hightowera w „Akademii Policyjnej). Wczoraj legendarny i niepowtarzalny Shula zmarł. Dla fanów dyscypliny znać jego postać to konieczność. Dlaczego? Zapraszamy na felieton Kuby Machowiny.

To miał być tekst o Billu Belichicku, ale życie pisze swoje własne scenariusze. Wczoraj w wieku 90 lat zmarła jedna z największych legend NFL, trener Don Shula. Były trener Miami Dolphins to jeden z kamieni węgielnych ligi i – jeśli istniałby Mount Rushmore – z trenerami NFL, „The Don” znalazłby się tam na pewno. Trudno ująć życie człowieka w jednym tweecie, ale jeśli da się to zrobić chociaż w małym stopniu, udało się to Andrew Siciliano z NFL Network. W polskim tłumaczeniu:

„Don Shula zaliczył 21 INT jako gracz, był częścią 15-osobowej wymiany zawodników, grał dla Paula Browna, trenował Johny’ego Unitasa i Dana Marino. Wygrał w karierze 347 meczów oraz zdobył dwa tytuły Super Bowl, dodatkowo trenował jedyny w historii ligi niepokonany zespół. Odnosił także sukcesy w biznesie. Pozostawił piątkę dzieci, 16 wnuków, pięciu prawnuków. Co za życie. Spoczywaj w pokoju”.

Jak to się stało, że ten potomek węgierskich imigrantów stał się ikoną NFL, a wielu określa jego życie oraz karierę mianem „doskonałych”, przez co jego samego ochrzczono „Mr. Perfect”? Przyjrzyjmy się tej niezwykłej postaci, ponieważ anegdotkami na temat Shuli można by obdzielić pól ligi, a jeszcze by zostało sporo historii do opowiedzenia.

***

Seminarium czy sport?

Dániel Süle (zmienił później nazwisko na Shula, ponieważ jego nauczycielka nie mogła wymówić „Süle”) oraz Mária Miller – rodzice Dona – wyemigrowali wraz ze swoimi rodzicami do USA, kiedy byli mali (USA zbudowana została na przybyszach z innych krajów, a ci od zawsze łączyli się w społeczności np. spopularyzowane w filmach „Chinatown” czy „Little Italy” i podobnie było z rodzicami Dona, którzy poznali się już w USA, a owocem ich miłości był przyszły trener Dolphins). Mimo, iż mały Shula urodził się w Ameryce, to znał język węgierski w stopniu podstawowym i kiedyś udzielił nawet wywiadu w tym języku.

Don urodził się w 1930 roku, w Grand River w Ohio. Co ciekawe Grand River znajduje się niedaleko… Hall of Fame, czyli Canton. W 1997 roku, kiedy przyjęto Dona Shulę właśnie do Hall of Fame, mówił: „HoF znajduje się jedynie 15 mil (ok. 24 km) od mojego rodzinnego domu, a zajęło mi aż 67 lat, by tu dotrzeć… (śmiech)”.

Wracając do Grand River – Don uczęszczał tam do katolickiej szkoły, a jego życiu od dzieciństwa towarzyszyła religia. Matka Maria była zagorzałą katoliczką, ojciec chłopaka przyjął religię pod wpływem żony. Jak mówili znajomi Shuli, jego życie określały trzy litery „F”: „Faith, Family, Football”, ale wielu twierdziło żartobliwie, że „Futbol to tam jednak jest na pierwszym miejscu”. Z początku jego ojciec chciał, by mały Don został.. rybakiem. Był jednak jeden problem – mały Shula na wodzie łapał chorobę morską.

Symbolika Rybaka nie była mu jednak obca. Don Shula przez całe życie był człowiekiem gorliwie wierzącym, chodził do katolickiej szkoły, a później na jezuicki uniwersytet. W czasach studiów poważnie myślał nad zostaniem księdzem. Bił się z myślami, ale ostatecznie postawił na sport. Dlaczego? Ponieważ uświadomił sobie, że jako ksiądz nie będzie mógł… grać w futbol, w baseball, w koszykówkę czy biegać na bieżni. A Don kochał sport i nie wyobrażał sobie życia bez niego.

Jako zawodnik grał na pozycji defensive back, zaliczając w NFL siedem sezonów. W 73 meczach w karierze zaliczył 21 przechwytów – całkiem dobry wynik. Grał dla Cleveland Browns, Baltimore Colts oraz Washington Redskins. Mały offtopic: zawsze na mojej twarzy maluje się delikatny uśmiech, gdy pomyślę sobie, że założycielem Cleveland Browns i jej legendarnym szkoleniowcem był Paul Brown (nazwa wzięła się od jego nazwiska), a najwybitniejszym graczem w historii Browns jest… Jim Brown.

Shula był solidnym zawodnikiem, ale w żadnym wypadku gwiazdą. Tym jednak, co imponowało ludziom najbardziej były jego futbolowe (i nie tylko) IQ oraz charakter. Sam Don mówił o sobie, że od zawsze był typem lidera i lubił przewodzić ludziom. Był jednym z pierwszych w historii ligi zawodników, którzy… decydowali o zagrywkach w obronie. Tak bardzo ufali mu trenerzy.

Shula szybko odnalazł się jako trener. W wieku 33 lat został głównym szkoleniowcem Baltimore Colts (swojego byłego klubu), a szansę dał mu Carroll Rosenbloom, właściciel klubu. Co ciekawe, Rosenbloom został później właścicielem Rams. Kiedy zatrudniał Dona, mówił: „Futbol to gra dla młodych. Dlatego chcę młodego trenera”. Dzisiaj mamy modę na ludzi pokroju Seana McVaya, ale wtedy był to prawdziwy precedens.

***

Zamordysta

W młodości Shula chciał zostać księdzem, ale w futbolu zmienił się o 180 stopni i wielu widziało w nim… diabła. Dlaczego?

Szkoła Dona Shuli była ciężka, typowo koszarowa, panował w niej wojskowy rygor i wojskowy… sposób postępowania, łącznie z karami (o tym za chwilę). Jako trener potrafił dotrzeć do swoich zawodników, a prawdziwą naukę pobierał w Colts. Był tam szkoleniowcem przez siedem sezonów, zaliczył bilans 71-23, ale poległ w Super Bowl III przeciwko Jets. I to pomimo faktu, że Colts byli faworytami i mieli w swoich szeregach legendarnego Johny’ego Unitasa, przez wielu typowanego do top 3 quarterbacków wszech czasów. Jets okazali się jednak lepsi, a do zwycięstwa poprowadził ich „Broadway Joe” Namath – świetny quarterback oraz pierwszy wielki celebryta NFL.

Podczas okresu w Colts Shula ukształtował się jako trener. I mimo faktu, że bardzo szybko przestawił się z gracza na trenera, to praca tam nie była łatwa. Colts mieli Unitasa czy Gino Marchettiego, wielkie gwiazdy, które nie do końca chciały słuchać szkoleniowca, który… jest w podobnym wieku co oni. Powodowało to różne tarcia.

Po porażce przeciwko Jets Shula prowadził Colts jeszcze przez rok i przeszedł do Miami, które wkrótce stało się opus magnum jego wspaniałej kariery trenerskiej. Parafrazując znane powiedzenie był jak Kazimierz Wielki – zastał Miami drewniane, a zostawił murowane. Był trenerem Dolphins przez 26 lat (1970-1995), osiągając wszelkie możliwe sukcesy. Dokonał także innej wielkie rzeczy. Cytując prasę – „położył Miami na sportowej mapie USA”. Ciekawostka – za „przejęcie” trenera od Colts, zespół z Miami musiał oddać pick pierwszej rundy draftu. Do dziś prasa w USA pisze, że „to najlepiej wykorzystany pick w historii Miami”.

Kiedy Don przejął Dolphins, ci byli świeżo po sezonie, w którym zaliczyli bilans… 3-10-1 (wtedy obowiązywał jeszcze 14-meczowy sezon regularny). Pod wodzą Shuli zespół przeszedł prawdziwą metamorfozę i już rok później zaliczył 10-4, odpadając w Divisional Playoffs. Następny sezon to bilans 10-3-1 i przegrana w Super Bowl przeciwko Cowboys (aż 3-24). W tamtym momencie bilans Shuli w Super Bowl wynosił 0-2 i trener już nigdy nie chciał przegrać. Wiedział, że następny sezon musi być ich.

Nie pomylił się. W sezonie 1972/73 Dolphins uzyskali w sezonie regularnym bilans 14-0, w Playoffs dołożyli następne trzy wygrane z rzędu, w tym zwycięstwo w Super Bowl przeciwko Redskins (wynik meczu 14-7). Ich całościowy bilans z tamtego sezonu to 17-0 i do dzisiaj żadna drużyna nie pobiła tego osiągnięcia. Mimo, iż od tamtego sezonu minęło prawie 50 lat to Don Shula jest jedynym trenerem w historii, który nie przegrał żadnego meczu w sezonie. W sezonie 1985/86 było blisko tego, ponieważ Chicago Bears Mike’a Ditki szli jak burza, ale ostatecznie jedyny mecz w sezonie przegrali przeciwko… Miami Dona Shuli, ku uciesze „Klasy 1972”.

Ok, ale to fakty które każdy zna. Jak jednak doszło do tego, że Don Shula z drużyny nieudaczników stworzył perfekcyjną maszynkę do wygrywania? Odpowiedzią jest… wojsko.

Shula bywał ciężki w obyciu, a Miami przed jego przyjściem było imprezowym klubem, piło się nawet po porażkach. Don to zmienił. Organizował swoim graczom CZTERY (!) treningi dziennie, czasem zabraniał im pić wodę podczas ćwiczeń. Dziś oczywiście jest to całkowicie nielegalne i uregulowane prawnie przez porozumienie związku graczy oraz ligi, zwane CBA. Jeden z dziennikarzy mówił o Shuli, że to „szef zorganizowanej przemocy”, jak nazywano treningi Miami. Larry Csonka, legenda Phins wspominał w filmie „A football life: Don Shula”:

„To była nieustająca, codzienna walka. Był jak opętany, jakby były w nim siły zła, nigdy się nie męczył (…) Był typem „naciskacza”. Wybierał sobie cel i naciskał Cię. Patrzył jak daleko może się posunąć, próbował odgadnąć jak blisko byłeś złamania. Naciskał Cię aż byłeś na krawędzi, a czasem jeszcze dalej. Rezultat? Byliśmy niepokonani”.

Cosnkę z Shulą łączyła specyficzna wieź. Larry, tak jak Don był pochodzenia węgierskiego i prasa często określała ich mianem „węgierskiego ojca i syna”. Byli ze sobą blisko, ale Csonka nie miał przez to jakiejś specjalnej taryfy ulgowej. W innym z wywiadów Larry mówił:

„Granie dla niego było jak piekło (…) Był perfekcjonistą w każdym calu. Żaden detal nie był zbyt mały, by nie zwrócić na niego uwagi”.

Metody Shuli były typowo wojskowe, dziś raczej nie do przejścia w erze social media oraz rozpieszczonych gwiazdorów. Kiedy rozpoczynał się trening, Shula kazał zamykać obiekty treningowe. Kiedy jeden z graczy spóźnił się, przeskoczył przez płot by dołączyć do reszty zespołu. Don momentalnie wyrzucił go z Dolphins i kazał mu… wyjść tak jak przyszedł. Przez płot. U Shuli było jak w wojsku.

Innego razu zabronił z kolei swoim graczom… uprawiać seksu po wtorku. Sam później mówił w wywiadzie, że „to był żart, no bo jak miał to sprawdzić?”. Nikt się jednak nie śmiał, ponieważ Don był znany z tego, że nigdy nie żartował.

***

Geniusz

Co ciekawe, tak jak bardzo gracze Dolphins nienawidzili metod pracy Dona Shuli, tak po zakończeniu wspólnej kariery większość z nich pozostała jego przyjaciółmi do końca życia. Bywało, że na boisku obchodził się z nimi jak z mięsem armatnim, ale ci, pomimo początkowego buntu, przyznawali później, że wyszło im to na dobre. Podziwiali go.

Przypominało to niemalże syndrom sztokholmski, kiedy ofiary zaczynają czuć sympatię do oprawcy. Czym jest ów syndrom? Cytując Wikipedię: „To stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi”.

Paradoksalnie dla Shuli to jednak zawodnicy byli ważniejsi niż futbol. Wszystko, co robił działo się z jakiegoś powodu, czy to dla poprawy gry zespołu czy ulepszenia danego zawodnika jako gracz lub zwyczajnie jako człowieka.

Tak, jak Don na murawie męczył zawodników, poza nią dbał o nich. Kiedy jakiś gracz doznawał kontuzji, Shula jechał do niego do szpitala, by się nim zająć. Co nie przeszkadzało mu innym razem z kolei kazać temu samemu graczowi biegać karne kółka dla poprawy kondycji czy za jakieś drobne przewinienia.

Ekipa z roku 1972 roku uważana jest za najlepszy zespół w historii NFL i co jakiś czas cała grupa spotykała się, by uczcić tamte wydarzenia. Okazją były przede wszystkim rocznice (pierwsza impreza odbyła się w 10. rocznicę tamtych zdarzeń), ale także inne zdarzenia związane z ligą.

Sezon 1972/73 nie był także ostatnim sukcesem Miami. Rok później także wygrali Super Bowl, tym razem pokonując Vikings 24-7. Shula prowadził Miami przez 26  lat, a jego bilans w klubie to 257-133-2. W całej swojej karierze „The Don” wygrał za to 347 meczów (328 w sezonie regularnym, 19 w playoffs) i jest oczywiście najlepszy wynik w historii NFL. Drugi na liście za nim jest trener Chicago, George Halas, znany lepiej jako… „Papa Bear”. Wracając do Shuli – tym co wzbudza jednak jeszcze większy szacunek do niego to nie liczba zwycięstw, a fakt, iż podczas 33 lat pracy Don jedynie dwa razy (!) nie uzyskał dodatniego bilansu w sezonie.

Co do umiejętności trenerskich, to dużym uproszczeniem byłoby też brać Dona Shulę jedynie przez pryzmat żołnierskiej szkoły i dyscypliny, bo on po prostu był… genialnym trenerem. Wielu szkoleniowców jest ściśle przywiązanych do jednego stylu grania i to pod niego budują zespół. Shula był całkowitym przeciwieństwem tej szkoły – on zawsze dostosowywał się do graczy.

Jego Dolphins pięciokrotnie dochodzili do Super Bowl (sezony 1971/72 ,72/73, 73/74, 82/83 oraz 84/85). W czterech pierwszych przypadkach gra zespołu była oparta na grze dołem (zwłaszcza pierwsze sezony, gdy prym wiedli fullback Csonka oraz RB Mercury Morris) oraz zwartej obronie (zwanej „No Name Defence”), ale kiedy Miami przegrało w 1983 roku Super Bowl przeciwko Redskins, Don potrafił całkowicie zmienić ofensywę. Dlaczego to zrobił?

Ponieważ Miami dostało w Drafcie Dana Marino, piekielnie dobrego quarterbacka. Shula postawił na inne granie i od tej pory Dolphins przede wszystkim rzucali piłkę, a nie oddawali ją w ręce biegaczy. To zmieniło obraz gry. Nagle mecze przestały być rozstrzygane przez running backów, a wyniki nie brzmiały już 14-7 czy 13-10. Zaczęto zdobywać punkty pod pięknych podaniach, a nowy system Shuli bardzo eksponował skrzydłowych, którzy wcześniej stali w cieniu biegaczy.

Zmiana filozofii w roku 1983 nie przyniosła jednak upragnionej wygranej, ponieważ Dolphins zderzyli się wtedy z ścianą 49ers, której gwiazdami byli m.in. Joe Montana czy Ronnie Lott. Nie zmienia to jednak faktu, iż Shula był trenerem bardzo elastycznym oraz inteligentnym. I potrafił zmienić samą grę. Zaczynał w Miami jako „run 1st offence”, później przeszedł na podania, następnie wrócił do gry dołem, by w pełni przejść do „gry górą”, już z Danem Marino na pokładzie. Zmieniło to obraz ówczesnej NFL.

Gracze – pomimo zamordyzmu na treningach – lubili grać dla Dona, ponieważ dawał im po prostu grać, plus doskonalił ich charaktery. Wspomina Irving Fryar, który przyszedł do Miami z Patriots (wypowiedź także pochodzi z „A Football Life: Don Shula”):

„Był dla mnie jak Mojżesz. Dlaczego? Ponieważ mnie wyzwolił. W Nowej Anglii graliśmy w ściśle określonym systemie, mechanicznie, bez wolności. Tutaj mogłem użyć wyobraźni, mojej szybkości oraz zdolności atletycznych. Rozwinąłem się u niego jako człowiek i gracz, a moja kariera poszła do przodu”.

Trzeba także wspomnieć o rodzinie Shuli. Karierę w futbolu zrobili także jego dwaj synowie – Dave i Mike, obaj trenerzy. David Shula prowadził Cincinatti Bengals, kiedy ci mierzyli się dwukrotnie z Dolphins (1994 i 95), prowadzonymi przez jego ojca. Był to pierwszy w historii NFL przypadek, kiedy ojciec z synem rywalizowali jako trenerzy. Shula senior wygrał oba te pojedynki, które do historii przeszły jako „Shula Bowl” oraz „Shula Bowl II”.

W 1996 roku David odszedł z funkcji trenera Bengals i w ogóle z świata futbolu, by powrócić do niego po 22 latach, w roku 2018 jako trener wide receiverów w college’u w Dartmouth. Z kolei jego brat Mike Shula cały czas pracuje w lidze, obecnie jest trenerem QB w Denver Broncos.

***

Anegdoty i legenda

Życie Shuli pełne jest ciekawych opowieści oraz cytatów. Znany był ze swojej szczerości i uczciwości. Kiedy Dolphins przyjechali grac do Oakland, przez przypadek asystenci Dona wylądowali w szatni Raiders, gdzie… wisiał plan meczu przeciwko Miami. Powiedzieli o tym Donowi, ale ten kazał wyrzucić przechwycone materiały i nawet do nich nie zajrzał. Uczciwość, wiara oraz ciężka praca były dla niego najważniejsze i nigdy nie oszukiwał. Wynik meczu? Następnego dnia Dolphins przegrali przeciwko Oakland.

Wielu zarzucało mu za to, że chociaż uczciwy to uwielbiał naciskać na sędziów, którzy według przeciwników Shuli niekiedy gwizdali po jego myśli. Należał on bowiem do NFL Competition Committee, zajmującej się omawianiem zmian w przepisach oraz wprowadzaniem ich w życie, co skutkowało z kolei pewną pozycją w stosunku do sędziów. Oczywiście nie ma mowy o żadnym celowym faworyzowaniu i nieuczciwości, chociaż przeciwnicy Miami twierdzili inaczej.

Znany z twardej ręki w stosunku do swoich zawodników, Don pilnował zawsze, by ci przestrzegali reguł, w tym ciszy nocnej w hotelu, podczas meczów wyjazdowych. Zawsze miał swój sposób na złapanie tych, którzy akurat wrócili zbyt późno z miasta do hotelu. Pewnego razu wręczył portierowi obsługującemu windę piłkę prosząc, by ten… brał autograf od każdego zawodnika Miami po godzinie 22. Rano Shula poszedł po piłkę i liczba autografów wskazywała, kto złamał ciszę nocną.

Jego kreatywność nie znała granic. Innego razu, gdy był problem z obiektami treningowymi, zrobił trening na… parkingu przed hotelem. Gracze Miami ćwiczący ustawienia w szortach, w klapkach i okularach przeciwsłonecznych o 8 rano przed hotelem? Dlaczego nie.

Innego razu ktoś po meczu Dolphins przyszedł do Dona, by powiedzieć mu, że Don Johnson z „Policjantów z Miami” chce się z nim spotkać. Shula nie miał pojęcia kim jest aktor i myślał, że to… prawdziwy policjant z Miami. Zaczął mówić do Johnsona, że docenia to co robią i że ludzie nie doceniają pracy policji w Miami. Aktor stał z rozdziawioną buzią jak wryty i myślał, że Shula go wkręca. „Miami Vice” byli wtedy najpopularniejszym serialem w USA…

Trenerska długowieczność Dona budziła uznanie. Jak wyliczyli ludzie z NFL, w sensie sportowym Shula „przeżył” trzech komisarzy NFL, 10 prezydentur USA oraz 12 Igrzysk Olimpijskich. Z kolei Bubba Smith, były gracz NFL, a później aktor (znany m.in. z roli Hightowera w „Akademii Policyjnej”) powiedział:

„Jeśli wybuchnie bomba atomowa, to ostaną się jedynie dwie rzeczy: sztuczna murawa oraz szczęka Dona Shuli”.

Innego razu ktoś spytał Shulę czy nie czuje się wypalony po tylu latach trenerki. Ten w swoim stylu odparł: „To z mojego powodu ludzie mają wrzody. Ja sam ich nigdy nie mam”.

Paul Zimmerman, świetny dziennikarz „Sports Illustrated” spytał kiedyś trenera Dolphins jak pragnie zostać zapamiętany. Ten powiedział bez chwili namysłu:

„Nigdy nikogo nie okłamałem, nikogo też nie „przekręciłem” (tutaj Shula użył określenia „Screw”, które można też tłumaczyć w kontekście seksu. ale w tym wypadku chodzi raczej o uczciwość), podróżowałem pierwszą klasą”.

O co chodzi z tą pierwszą klasą? Zupełnie nie o podróże samolotem. Chodzi tutaj o to, jakim człowiekiem był Don. Shula nigdy nie szedł na skróty, nie ulegał pokusom, nie sprzedał się i nigdy nie złamał swoich własnych zasad. Był człowiekiem głębokiej wiary i nawet jeśli nie zawsze bywał miły dla swoich graczy, to taka jest cena sukcesu – trenera rozlicza się z wyników, a nie z tego, czy gracze go lubią.

Nick Buoniconti, linebacker Dolphins powiedział nawet, że „Shula zwolniłby z drużyny własną matkę, jeśliby to miało poprawić grę zespołu”. Dodał jednak, że „po zakończeniu kariery zostali przyjaciółmi i że go podziwiał”.

Do dziś mówi się, że Shula to jeden z tych trenerów, którzy stworzyli niemal idealny model tworzenia mistrzowskiej ekipy. Składają się na to ciężka praca, poświęcenie, oddanie sprawy i pasja. Don wymagał wiele od swoich graczy, ale sam siebie traktował tak samo. Szczerość, uczciwość, ciężka praca, charakter oraz wewnętrzna spójność były tym, co go cechowało.

Ktoś kiedyś powiedział, że idealny trener to taki, w stosunku do którego gracze czują zarówno strach, jak i szacunek oraz sympatię. Taki właśnie był Don Shula. Na boisku dawał swoim zawodnikom wycisk, ale po latach wszyscy przyznają, że dzięki niemu stali się nie tylko lepszymi graczami, ale po prostu ludźmi. A on z czasem został ich przyjacielem, tak jak w przypadku Csonki czy Buonicontiego.

Kiedy Don Shula zmarł, dziennikarze z Miami połączyli się na video konferencji z Larrym Csonką. Ten nie mógł powstrzymać łez, płakał. Mówił, że czuje się, jakby zmarł ktoś bliski w jego rodzinie. Niech to najlepiej świadczy o tym, kim był Don Shula.

Autor: Kuba Machowina

Zdjęcie na czołówce: instagram @ nfl

Autor korzystał z:

„A Football Life: Don Shula” – NFL Films

https://theathletic.com/1794220/2020/05/04/posnanski-a-full-picture-of-don-shula-unyielding-inspiring-hard-to-describe/

https://theathletic.com/1793831/2020/05/04/a-tearful-csonka-and-72-dolphins-say-pursuit-of-perfection-was-shulas-legacy/

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: