Skip to content

Julian Edelman: Niech żyje Król Julian!

Jak tylko Julian Edelman ogłosił zakończenie kariery, rozpoczęły się rozważania jaka ona była, a nawet „czy Edelman czasami nie zasługuje na Hall of Fame”? To tego samego typu dywagacje jak przy okazji zakończenia kariery przez Eliego Manninga, na temat którego krążą podobne rozważania. Jakim był zawodnikiem? Zapraszamy na tekst Kuby Machowiny, który po zakończeniu kariery przez Edelmana, przygotował drugą wersję tekstu z 2019 roku

Edelman vs. Ward

Czy Julian to Hall of Famer? Na to pytanie każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć. Statystyki Juliana w sezonie regularnym nie powalają, to ledwie 620 złapanych podań, 6822 jardy, 36 TD. Wielu zaraz krzyknie: „Ale przecież Playoffy!”.

I tak, tutaj statystyki Edelmana są niesamowite: 118 złapanych podań i 1442 jardy, drugie miejsce za samym G.O.A.T-em wśród skrzydłowych, czyli panem futbolistą Jerrym Rice’em. No i Edelman ma w swoim resume MVP Super Bowl i parę niesamowitych zagrań, które na zawsze już przeszły do historii NFL.

Ale czy to czyni go Hall of Famerem?

Nate Burleson, były gracz, a obecnie czołowa persona w mediach związanych z NFL widzi to następująco: „Dominacja Edelmana, kiedy zespół potrzebował tego najbardziej sprawia, że Julian zasługuje na złotą marynarkę”.

Inni twierdzą z kolei, że miejsce w HoF powinno być zarezerwowane wyłącznie dla graczy, którzy mieli kariery na miarę HoF. A Edelman nie miał takiej kariery, miał jedynie momenty na miarę Hall of Fame.

Kilkukrotnie w mediach przy okazji nazwiska Edelmana padał przykład Hinesa Warda, byłego wide receivera Steelers. Hines też był MVP w Super Bowl, ale czy przyjęto go do Galerii Sław? Skąd. Edelman miał wspaniałą karierę w playoffs, ale to ledwie 19 meczów. Oczywiście zdobył trzy razy Super Bowl, ale to tylko skrawek kariery jako całości, która aż tak wybitna nie była.

Ciekawe jest porównanie Edelmana ze wspomnianym wcześniej Wardem, którego osiągnięcia to: 4x Pro Bowl, 3x 2nd team All-Pro, 1000 złapanych podań, ponad 12000 jardów, 85 TD. I Ward także był wybrany MVP Super Bowl, a zdobył w sumie dwa mistrzostwa. I nikt nie wybrał go do Hall of Fame, chociaż Hines jest dostępny dla kapituły wybierającej do HoF już od… pięciu lat.

Zgadzam się z dziennikarzami ze „Sports Illustrated”, którzy w jednym z tekstów porównali właśnie kariery Edelmana oraz Warda. Przekaz tekstu brzmiał mniej więcej tak:

Julian Edelman miał dobrą karierę plus wybitne playoffy, w których grał jak Hall of Famer. Ale w sezonie regularnym był po prostu dobrym graczem, którego nie wybrano nigdy ani do All-Pro, ani do Pro Bowl. No i jeśli Hines Ward nie został wybrany do Galerii Sław, to tym bardziej Edelman nie powinien zostać wybrany.

Tak, zgadzam się z tym, chociaż jeszcze rok czy dwa lata temu sam myślałem, że Edelmanowi jednak należy się Hall of Fame. Im więcej jednak czytałem głosów przeciw, tym bardziej skłaniałem się jednak do wniosku, że Edelmanowi nie należy się miejsce w Hall of Fame. Należy mu się jednak miejsce w… sercach ludzi.

Julian Edelman na zawsze zostanie zapamiętany jako postać kultowa i to nie tylko dla fanów klubu z Nowej Anglii. Oczywiście to Tom Brady – i to pomimo odejścia z klubu – na zawsze będzie ikoną Patriots, najlepszym graczem, legendą, G.O.A.T-em i tak dalej, ale to właśnie Edelman zostanie zapamiętany jako serce klubu z Nowej Anglii.

To Julian zawsze podkręcał atmosferę podczas Playoffs, nieustannie wrzucając obrazki nawołujące do pokonania ekip z Los Angeles oraz odwołujące się do rywalizacji Celtics – Lakers (osławione hasło „Beat LA”), czy zamieszczając przeróbki fotek ukazujące Patriots jako… zespół Queen. I co najciekawsze – symbolem Bostonu stal się człowiek, który urodził się w… Kalifornii.

Co go ukształtowało? Dlaczego gryzł murawę mocniej niż inni? Cofnijmy się 30 lat wstecz.

***

„Jesteś mazgajem? W takim razie nie należysz do rodziny Edelmanów”

Początek lat 90-tych, Redwood City, Kalifornia. Angie Edelman szukała w domu syna, ale nie mogła go nigdzie znaleźć . W końcu kątem oka dostrzegła, że mały Julian nadal kozłuje piłkę do kosza w tym samym miejscu, w którym był pół godziny temu. Zaniepokojona nietypowym zachowaniem syna wybiegła przed dom i zawołała:

– „Dlaczego ciągle kozłujesz piłkę w tym samym miejscu od pół godziny…?!”.

Odpowiedź małego Juliana uspokoiła ją, chociaż wiele innych matek by mocno zaniepokoiła:

– „Bo tata mi kazał….”.

Frank Edelman, mąż Angie i ojciec rodziny Edelmanów był fanatykiem sportu. Od dziecka wpajał synowi, że jedynie ciężką pracą może do czegoś dojść i spełnić „amerykański sen”. Frank był – i nadal jest – właścicielem dużego warsztatu samochodowego, dla którego codzienna harówka nie jest niczym nadzwyczajnym. W ten sam sposób trenował od dziecka syna, ucząc go podstaw futbolu, baseballu, koszykówki oraz piłki nożnej. Naczelna zasada rodziny Edelmanów brzmiała:

„Nie mazgaimy się, jesteśmy twardzi”

Wychowanie, jakie wpoił synowi może niektórym wydawać się – delikatnie mówiąc – wojskowe, zresztą sam Frank mówił o tym po latach: „Byłem dla nich ostry i twardy, może nawet zły, ale taki zły w dobrym tego słowa znaczeniu, jeśli można tak powiedzieć… Sam się sobie dziwię, że moja postawa nie zmarnowała tego chłopaka. Julian i rodzeństwo nie mieli typowego dzieciństwa – liczyła się zawsze ciężka praca i bycie produktywnym. Chodziło o nieustanny progres oraz ulepszanie samego siebie”.

W takim oto właśnie duchu Julian Edelman dorastał, trenując od dziecka ciało oraz sferę mentalną pod okiem ojca. Bywało, że ojciec wrzeszczał na niego i przeklinał, a trenując baseball ustawiał chłopaka w polu do odbicia i specjalnie celował w niego piłkami, rzucając z całej siły. Innego razu wiązał mu z kolei jedną rękę za plecami i kazał łapać drugą piłki tenisowe, które rzucał w jego kierunku razem z siostrą Juliana. To nie koniec.

Pewnego dnia Frank wpadł na pomysł, jak poprawić koordynację syna. Wziął okulary przeciwsłoneczne, zakleił jedną oprawkę taśmą i kazał je ubrać Julianowi. Oczywiście chłopak musiał łapać piłki, które rzucał znów w jego kierunku tata. Dodajmy, że łapał jedną ręką, drugą miał związaną za plecami…

Sadysta? Być może. Niespełniony sportowiec przelewający na syna swoje ambicje? Pewnie tak. Co ciekawe, sposób „wychowania” syna bardzo różnił się od tego, jaki stosowali sąsiedzi Franka. Pamiętajcie – mówimy o liberalnej Kalifornii, słynącej ze słońca, deskorolkarzy z długimi włosami oraz dziewczyn w bikini na rolkach. Frank Edelman byl jednak inny – sam wychował się bez ojca, w biedzie. Musiał rzucić szkołę i w wieku 15 lat poszedł do pracy. Wychowując ostro swoje dzieci wierzył, że dzięki temu nauczą się jak dbać o siebie w życiu.

Czy Julian ma ojcu za złe, że ten go tak musztrował od dziecka? Wręcz przeciwnie. Były już gracz Patriots jest niezwykle wdzięczny za to, że ojciec tak nim pokierował. W jednym z wywiadów Julian wspominał ze śmiechem swoje dzieciństwo:

„Gdyby ojciec wychowywał mnie w dzisiejszych czasach, policja byłaby pewnie u nas w domu przez 90 procent czasu (…) Gdyby nie on, nie byłbym jednak dzisiaj tym, kim jestem”.

Wtórował mu Steve Nicolopulos, dyrektor sportowy liceum Woodside High:

„Może i jego ojciec był surowy i wymagający, ale miał nosa. W dzisiejszym świecie za mało jest takich Franków (…) Patrzcie, kim stał się dzięki niemu Julian”.

Kim zatem stał się Julian Edelman i jaką drogę przeszedł od quarterbacka średniej klasy do jednego z najbardziej produktywnych wide receiverów w historii Playoffs?

***

„Mam na Ciebie pomysł, synu”

Julian Edelman w szkole średniej oraz college’u grał jako… quarterback. Na ostatnim roku studiów, grając dla Kent State zaliczył 1820 jardy podaniowe, dokładając do tego 13 touchdownów, ale i 11 intereceptions. W swojej szkole był rekordzistą, ale w skali całego kraju nie wzbudzał zainteresowania. Skauci pomijali go w swoich notesach na tyle, że nie zaproszono go nawet na Draft Combine. Co ciekawe, w innych testach czas Juliana w jednej z konkurencji zwanej „short shuttle” wyniósł 4.01, podczas gdy na Draft Combine najlepszy czas w tej kategorii wyniósł… 4.01.

Chłopak wpadł jednak w oko Patriots, którzy zaprosili go na prywatne treningi przed Draftem 2009 roku. Belichick miał na niego pomysł, ponieważ to, co zwróciło jego uwagę to wcale nie zdolności na pozycji QB, ale… możliwości fizyczne Edelmana. Cofnijmy się jeszcze raz do czasów studiów. Edelman był typem biegającego QB, na ostatnim roku college’u jego staty to: 1370 jardów, znakomite 6.4 jardu na próbę oraz aż 13 przyłożeń (plus mecz przeciwko Seanowi McVayowi, dzisiejszemu szkoleniowcowi Rams).

Bellichick widział Edelmana jako wide receivera w formacji „Wildcat”, gdzie piłka trafia bezpośrednio do zawodnika z pominięciem pozycji quarterbacka. Takim oto sposobem Julian trafił do NFL, gdzie ze średniego QB zrobiono z niego świetnego wide receivera oraz punt returnera. Wybrano go na końcu siódmej rundy Draftu z numerem 232. Reszta to już historia NFL.

Tym, co wyróżniało Juliana spośród innych zawodników to wcale nie gra w sezonie regularnym, co już wiecie. Tylko trzy razy zaliczył w karierze ponad 1000 jardów w reg. season, nigdy nie zbliżył się nawet do poziomu 10 przyłożeń w jednej kampanii. Edelman był jednak zawsze zawodnikiem na najważniejsze mecze, a w playoffs ustępuje tylko Jerry’emu Rice’owi.

Co ciekawe, nie tylko rekordy łączą go z Jerrym Rice’em. Niewielu wie, że pierwszą dziewczyną Juliana była… Jaqui Rice, córka Jerry’ego. Rice’owie mieszkali zaledwie ulicę dalej od Edelmanów.

Dzisiaj Edelman to symbol, ale nie zawsze tak było. Gracz Pats przeszedł długą drogę, z samego dołu na szczyt NFL. Oczywiście wszystko zawdzięcza Billowi Belichickowi, który jest genialnym trenerem. Rozwija on w swoich zawodnikach nie tylko zdolności czysto sportowe, ale także sferę mentalną. Zadaje swoim graczom łamigłówki, zmusza ich do myślenia. Edelman wspomina:

„Gdy wybrano mnie w Drafcie, ja oraz inni rookies siedzieliśmy w szatni, gdy wszedł Bill i pokazał nam zdjęcie. Spytał kto jest na fotce, ale nie do końca wiedzieliśmy. Myślałem, że to inny z zawodników Patriots, Steve Neal, ale nie byłem pewien. Trener odparł: „Będziesz obok tych ludzi siedział w szatni przez następne lata, może warto byłoby ich poznać?”. Wydrukowałem więc wielkie zdjęcie całego naszego aktualnego składu i nauczyłem się na pamięć. Zagadki były różne. Każdego ranka siedziałem z segregatorem z zagrywkami i różnymi danymi modląc się, by nie wybrał mnie do odpowiedzi. Czułem się jak w szkole”.

***

„Wkurzający, mały gość”

Julian od dziecka był typem pitbulla, rzucającego się na rywali. W NFL braki we wzroście (178 cm wzrostu) nadrabiał zaangażowaniem, krępą sylwetką oraz muskulaturą (ponad 90 kg wagi). Nigdy nie odstawiał ręki lub nogi, wiecznie bił się z rywalami. Sam wspomina:

„Zawsze nawrzucałem na boisku starszemu i większemu od siebie, nawet jeśli wiedziałem, że zleje mi dupę (…) Właściwie to całe życie ktoś kopał mnie w dupsko, musiałem walczyć ze wszystkimi”.

Skąd wzięła się taka postawa u młodego Edelmana? To pewnie efekt „wychowania” ojca, który dawał mu w kość. Sam Julian wspomina, że „był punkiem, który chodził do prywatnej szkoły, do której nie pasował”. Dlaczego? Niech wypowie się sam Edelman:

„To była szkoła z klasą. A ja w tamtym czasie nie miałem jej w sobie zbyt dużo…”.

Był walczakiem. Na studiach w Kent State podczas jednego z treningów tak pobił się z kolegą z drużyny, że nie mógł ruszać szczęką przez dłuższy czas. Podczas spotkania ze sponsorami uczelni wyglądał jak oprych, do tego ledwo mówił i brzmiał jak stara, zdarta płyta. Szukał zaczepki na boisku i poza nią. Ale trzeba mu oddać, że na boisku był świetny. Czy to w kosza, czy w futbol. Zanim jednak zaczął robić karierę na uczelni, szkoła średnia nie była sielanką.

Gdy zaczynał swoją naukę w Woodside High, mierzy mniej niż 160 centymetrów i ważył ledwie ponad 50 kg. Co prawda do końca szkoły średniej urósł i nabrał masy, ale lata dziecięce były pod tym względem straszne. Wszyscy mówili mu, że nie ma przed nim absolutnie żadnej kariery w sporcie i nigdy nie urośnie. Doszło do tego, że Julian wieczorami płakał, a sam wspomina: „Miałem 12 lat i wszyscy moi rówieśnicy rośli, a ja nie. Wyglądałem nadal jak ośmiolatek…”.

Właśnie słabe warunki fizyczne były jednym z powodów, dla których wymarzona szkoła średnia Juliana powiedziała mu wprost: „Nie chcemy Cię”. Edelman nigdy o tym nie zapomniał i zawsze walczył o swoje, zarówno w liceum, na studiach, jak i już w Patriots.

Oddajmy głos Wesowi Welkerowi, legendzie Patriots: „Prosto z mostu, od pierwszego dnia, siadł na biurku i zaczął zamęczać mnie milionem pytań. Mały, wkurzający gość (…) Ale to taki typ człowieka – bierze życie za rogi i nie boi się walki, konkurencji. Chce się rozwijać. Walczy o swoje”.

***

Symbol Bostonu, chociaż Bad Boy z Kalifornii

Patrząc na pomnikowe postaci ostatnich lat z Nowej Anglii – chociaż żadna z nich już nie gra w Patriots – to dla mnie podział jest jasny. Tom Brady to wieczny złoty chłopiec, Gronkowski to wesołek oraz imprezowicz. A Edelman? Na zawsze pozostanie „młodszym bratem Brady’ego”, bad boyem i inspiratorem, z dużą dozą dystansu do siebie. Kiedyś tak mówił o sobie w wywiadzie: „Mam cholernie brzydkie stopy. Od tego biegania i cleatsów tak mi się powykrzywiały palce, że wyglądają jak „grim reaper” (dosłownie „ponury żniwiarz”, synonim śmierci”). Takie „Opowieści z krypty”, pamiętacie ten serial”?

Julian traktowany był od zawsze przez Brady’ego jako młodszy brat, co czasem wkurzało Juliana, ale ogólnie nie miał z tym problemu: „Pamiętam, jak byłem na studiach to mówiłem, że będę jak Tom Brady. A tu bum, gramy razem od tylu lat i zostałem jeszcze przekwalifikowany na inną pozycję” (śmiech).

Była gwiazda Patriots miała zresztą wielu idoli. Najpierw jako dziecko chciał być Deionem Sandersem, później Dougiem Flutie… Edelman znany jest także ze swojej przyjaźni z Dannym Amendolą, znanym playboyem oraz byłym zawodnikiem Patriots, a obecnie Detroit. Panowie nagrali kiedyś nawet film, w którym pariodiowali stare filmy policyjne. Zobaczcie zresztą sami.

Edelman od czasów szkoły średniej miał opinię złego chłopca, ale nie można odmówić mu inteligencji i etosu pracy godnego największych. Po tym, jak został MVP Super Bowl (LIII) pojawiły się głosy krytyki mówiące o tym, że nie powinien był dostać tytułu MVP, ponieważ żaden z niego „role model” i dodatkowo był wtedy zawieszony na cztery mecze za „używanie substancji niezgodnych z zasadami ligi”.

Sam Julian tłumaczył się już po zawieszeniu przez ligę, że „było mu głupio i nigdy się to nie powtórzy”, ale wskazywał także na to, że tak naprawdę władze NFL zawiesiły go za obecność w organizmie substancji, której liga… nie potrafi zidentyfikować i która nie jest na liście zakazanych substancji. Czeski film, ale niesmak pozostał i wtedy do Edelmana jeszcze bardziej przylgnęła łatka złego chłopca, którą wyrobił sobie jeszcze w czasach szkoły średniej oraz college’u.

Fanatycznym kibicom z Bostonu to jednak nigdy nie przeszkadzało i to właśnie Juliana uważali za naczelnego motywatora, który nie bał się jawnie mówić o tym, że jest człowiekiem Bostonu oraz „chce pokonać Los Angeles na każdym kroku”. To taki chichot losu, że były talizman zespołu z Nowej Anglii pochodzi z… Kalifornii.

***

Koniec pewnej ery

Tak zwyczajnie po ludzki szkoda mi Juliana Edelmana. Nie tak wyobrażałem sobie jego ostatnie dni w NFL. Oczywiście wielu mówi po cichu, że i tak trafi do Tampy, gdzie spotka starych znajomych, ale na ten moment Julian Edelman nie jest już w zawodowym futbolu. Czy mogło być inaczej? Oczywiście. Julian nie przeszedł jednak testów fizycznych, mówiło się głośno o tym, że nie będzie mógł zagrać we wszystkich meczach. I ostatecznie zakończył karierę.

Oczywiście, na upartego, Julian po rehabilitacji znalazłby pracę (pewnie w Tampie), ale sam wielokrotnie podkreślał, że zaczynał jako Patriota i skończy jako Patriota. Opowieść o Edelmanie zakończymy jednak pewną ciekawą anegdotką. Co łączy Edelmana oraz nazwiska baseballistów – Gehriga oraz Pippa? Cofnijmy się do roku 2009, kiedy Edelman był rookie, a startowymi wide receivers w Patriots byli Randy Moss oraz – wspomniany już wcześniej – Wes Welker. Belichick wiedział, że młody umie grać, ale nie miał pojęcia, gdzie – i czy w ogóle – go będzie wystawiał. I stał się nagle cud.

W meczu przedsezonowym Julian zaliczył 76-jardowy punt return z touchdownem, a jeden z ludzi z NFL films spytał Erniego Adamsa, asystenta Belichicka, o nazwisko tego zawodnika Yankees, który stracił pracę na rzecz Lou Gehriga. Bill słysząc to zawołał z kolei Wesa Welkera, pytając go: „Wes, wiesz kim był Wally Pipp?”. Welker tylko się skrzywił i krzyknął: „Jaki Wally?!”.

O co chodzi w całej tej historii? Wally Pipp był startowym zawodnikiem NY Yankees, ale pewnego dnia rozbolała go głowa i dostał wolne. Zastąpił go nikomu nieznany zawodnik o nazwisku Lou Gehrig, który zagrał tak, że Pipp już nigdy nie wrócił do podstawowego składu Yankees, stając się symbolem zawodnika, którego kariera została złamana przez absencję w jednym meczu. Gehrig został z kolei jednym z najwybitniejszych zawodników w historii MLB, prawdziwą legendą Yankees oraz całego baseballu.

Edelmanowi wygryzienie Welkera zajęło nieco więcej, bo cztery lata, ale tamta scena z 2009 roku pokazała, że Julian miał niesamowity potencjał, a Belichick nosa, wybierając taki skarb z 232. numerem w Drafcie. Frank Edelman mówił w końcu o swoim synu tak: „To nie pomyłka. Jules to większa, szybsza oraz silniejsza wersja Welkera”.

Frankowi nie wypada nie wierzyć, ponieważ historia pokazała, że Edelman wyrósł na kawał gracza. A sam Frank, chociaż zamordysta, to wie co mówi. W końcu mówimy o gościu, który kazał ganiać synowi z piłką w śniegu przy minus 10 stopniach Celsjusza po tym, jak któregoś dnia wyliczył sobie na kartce, że większość spotkań NFL toczy się w złych warunkach pogodowych. Pamiętajcie o naczelnej zasadzie rodziny Edelmanów: „Nie wolno się mazgaić”.

Będę tęsknić za Julianem Edelmanem. Prywatnie bardzo lubię „Pingwiny z Madagaskaru”. Ci z Was, którzy oglądali ten kapitalny serial wiedzą, że Król Julian wcale nie był najważniejszy w całej bajce, ale zdecydowanie nadawał całości kolorytu i „Pingwiny” bez niego nie byłyby nawet w połowie tak śmieszne i fajne. Podobnie było z Julianem Edelmanem – nie był nigdy najważniejszym z Patriotów, ale nadawał całości kolorytu i charakteru, a Nowa Anglia bez niego to już nigdy nie będzie ta sama drużyna. Koniec pewnej ery.

Autor: Kuba Machowina

Leave a Reply

%d bloggers like this: