Skip to content

Okiem kickera #34 – co czujesz, gdy przegrasz najważniejszy mecz w sezonie

Na placu boju, w walce o Super Bowl, pozostały już tylko dwie drużyny. Wcześniej jednak, odpadało w fazie play-offs wiele ekip, na czele z Baltimore Ravens, która była typowana, by znaleźć się w najważniejszym w spotkaniu w sezonie. Tylko, że… coś nie wyszło. Co czujesz, jak przegrasz najważniejszy mecz w roku? W specjalnym felietonie tematowi przyjrzał się nasz futbolista redakcyjny, Dawid Pańczyszyn. Zapraszamy!

Na wstępie, zapraszamy na najnowszy odcinek naszego podcastu.

Jeśli chcielibyście dołączyć do #TeamNFLPolska i nas wesprzeć na serwisie Patronite, szczegóły znajdziecie na https://patronite.pl/nflpolska.com

lub klikając przycisk ->

Wspieraj Autora na Patronite

Z góry bardzo serdecznie dziękujemy! Dzięki temu wsparciu możemy funkcjonować i się rozwijać.
***

Podobno porażki budują charakter. I choć najprawdopodobniej tak jest, to sam moment przegranej, a w szczególności momenty i dni w ich następstwach, są na tyle bolesne, że każdy kto poznał ich smak, wolałby uniknąć ich goryczy. Co prawda, mechanizm polegający na zasmakowaniu cierpienia, by zrozumieć jak bardzo tak naprawdę chcemy tego ku czemu dążymy, jest dość oczywisty, ale co jeśli rok w rok czeka nas powtórka z rozrywki? Co mieli powiedzieć zawodnicy Bills, kiedy w połowie lat 90-tych, po raz czwarty z rzędu, przegrywali Superbowl? Czy ich lekcje okazały się niewystarczająco bolesne? Co powinni czuć fani Jaguars, którzy po latach upokorzeń, dolecieli na tyle blisko słońca w 2017, tylko by z takim hukiem spaść  w otchłań przeciętności z której startowali? Czy ich upokorzenia nie trwały wystarczająco długo, by lojalność została wynagrodzona? Co w końcu z Lions? Drużyna z Detroit przez ostatnie 33 lata potrafiła wygrać jedynie raz, w finale dywizji, tylko po to, by w finale konferencji dostać łomot, przez następne trzy dekady odpadać za pierwszym razem zawsze gdy już udało dobić się do playoffów, a wygrywać mistrzostwo prawie 70 lat temu, jeszcze zanim ktokolwiek słyszał o Super Bowl. Czy miasto które najbardziej ucierpiało na transformacji społeczno-ekonomicznej USA, potrzebuje jeszcze więcej bólu, żeby zrozumieć, jak bardzo przydałaby im się radość z wygrania Lombardi Trophy?

Każdy musi radzić sobie z bólem na swój sposób. Niektórzy używają go jako paliwa i dzięki temu zyskują perspektywę i świadomość własnych możliwości. I niedoskonałości, co sprawia, że udaje im się zbudować coś nowego, co widzieliśmy na przykładzie Lions w tym sezonie. Inni uciekają i usilnie popełniają błędy, które postawiły ich w danej sytuacji, tak jak np. Giants, którzy potrafili wcale nie tak dawno wzbić się na szczyt. W końcu, dla niektórych, jedynym wyjściem jest apatia i akceptacja bycia przeklętym, nieważne co się zrobi, patrz Jets. Abstrahując jednak od filozofii w wyborze ścieżki, co czują zawodnicy kiedy okazuje się, że nie starczyło im sił, umiejętności, szczęścia?

Przyjmując, że już awansowaliśmy do playoffów, że jesteśmy trybie wygraj albo przepadnij, kiedy każdy mecz może być ostatnim, że w końcu dochodzi do sytuacji w której cały offseason, preseason i sezon zasadniczy kończą się wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego. Co jeśli okazuje się że cały pot, krew i łzy poszły tak naprawdę na marne? Bo nie oszukujmy się, każdy sportowiec powie to samo, miejsce na podium jest tak naprawdę jedno. Czy to zdrowe podejście nie wiem, ale przegrywając finał na stadionie miejskim we Wrocławiu, srebrny medal czym prędzej zerwałem z szyi i do dziś nie wiem gdzie jest. Może z perspektywy czasu wydaje się to niemądre, ale w tamtej chwili wydawało się oczywiste. Ale wracając do naszej hipotetycznej sytuacji. Czasem ogrom presji jest tak duży, że nawet w przypadku wygranej, zamiast radości czuje się zwyczajną ulgę. W przypadku przegranej, w momencie kulminacji tych wszystkich emocji, następuje apatia, bo nie jesteśmy do końca w stanie pogodzić całego wysiłku, czasu i poświęceń z brakiem ostatecznej satysfakcji. Widok przeciwnego sideline w euforii dopełnia obrazu odrealnienia, które karmi brak zgody na zastaną rzeczywistość. Przecież to ja pracowałem ciężej i dłużej, to ja jestem lepszy. Może i tak, ale co z tego, jeśli na koniec tablica wyników pokazała, że więcej punktów ma przeciwnik. To jedynie potęguje apatię, bo to jeden z niewielu sposobów, by przejść ponad ściskiem w żołądku, który w fizyczny sposób daje znać o psychologicznej bolączce. Później dzieją się następujące rzeczy. Ci z którymi dzielisz boisko, bez słów pokazują zrozumienie i wsparcie, rozumiejąc, że nie ma nic do powiedzenia, na to jeszcze za wcześnie. Ci którzy są blisko, ale nie wbiegają na murawę, dzielą Twój ból, w końcu są częścią drużyny, ale nie mierzą się z odpowiedzialnością obecności na boisku chcą ci ulżyć, więc z wymuszonym uśmiechem wysłuchujesz jak było blisko i że… że w przyszłym roku się uda. Z kolei kibice pełni entuzjazmu, dziękują ci za to co z siebie dałeś, a ty doznajesz dysonansu, bo w jakiś pokręcony sposób nie chcesz wdzięczności za coś, co było niewystarczające, a jedyne co czujesz to zawód jaki sprawiłeś, nie dostarczając wygranej tym którzy za tobą stoją.

Przez kolejne dni dociera do ciebie co się wydarzyło, a za każdym razem mijając stadion odwracasz wzrok, bo nie jesteś w stanie patrzeć na miejsce swojej porażki. Starasz się przekonać, że właśnie dostałeś lekcję, za którą powinieneś być wdzięczny. I w ten sposób zmieniasz coś negatywnego w coś wartościowego. Ból nigdy nie będzie pozytywny, ale często jest niezbędny. Znajdujesz pokłady motywacji których nigdy byś nie odkrył jedynie wygrywając. Pokłady cierpliwości i wytrwałości, które niosą cię przez cały okres przygotowawczy. Na jego barkach wchodzisz w sezon i znów udowadniasz, że twoje miejsce jest w finale. Dostałem lekcję, odrobiłem zadanie domowe, Tym razem będzie inaczej, teraz moja kolej na złoty medal. A potem przychodzi rzeczywistość i zanim się obejrzysz, na twojej szyi znów zawisa srebro. Co tym razem poszło nie tak, gdzie teraz leży lekcja?

Prawda jest taka, że życie naprawdę nie jest sprawiedliwe i lekcje nie istnieją samodzielnie w naturze. To my, biorąc odpowiedzialność za nasze doświadczenia i starając się je zrozumieć, dopiero tworzymy naukę. Nie ma określonej ścieżki, która poprowadzi nas do celu. Kierunek może być wspólny, a drogowskazy podobne, ale każdy dociera do celu po swojemu. Dla niektórych będzie łatwiej, innymi będzie trudniej, życie od niektórych wymaga więcej niż od innych. Jedyne co pozostaje, to iść swoją ścieżką i nawet jeśli prowadzi ona przez siłownię o 6 rano i trening o 18, wyrzeczenia i ból, to tak naprawdę nie masz wyboru. Ważne, żeby być świadomym wyboru, którego dokonałeś i mieć wokół siebie ludzi, którzy podniosą cię po strzale prosto w żebra i ewentualnie dadzą ci ketonal. Może na koniec okaże się, że dostaniesz medal i pozostaje liczyć, że będzie to ten złoty.

Tekst: Dawid Pańczyszyn

***

Przypominamy, że mamy swoją dedykowaną grupę na facebooku. Zapraszamy do dołączenia.

https://www.facebook.com/groups/464888500937826/ 

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z NFLPolska

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej